C`est la vie...
Nie poszedłem na firmową imprezę i było mi smutno. Do czasu.
Ale po kolei...
Rodzice dla swoich dzieci zazwyczaj chcą dobrze. Wyjątki od tej reguły się zdarzają, ale patologiami nie będziemy sobie zawracać głowy. Mamunia – od zawsze – powtarzała mi, że byłoby miło, abym wybrał sobie wolny zawód. Wtedy na pewno nie będę musiał wstawać skoro świt i chodzić do fabryki na siódmą. Zauważyć należy, że niechęć do porannego wstawania u mnie w rodzinie jest dziedziczna. Po kądzieli.
Posłuchałem Mamuni.
Wybrałem wolny zawód.
Fabryki w dalszym ciągu zaczynają działać od 7.
Ja muszę w pracy być na szóstą...
To właśnie było głównym powodem dla którego odmówiłem udziału w ogólnym ochlaju i kiedy wszyscy w najlepsze korzystali z wielkoduszności szefostwa – ja pakowałem się do łóżka. Smutny i zły, że nie mogę bawić się ze wszystkimi...
Były co prawda namowy, abym pojawił się „na chwilkę” ale po 3 dekadach rozmaitych życiowych doświadczeń wiem, że imprezy z darmowym alkoholem nie kończą się po chwilce. To znaczy czasami – owszem, ale wtedy tym bardziej człowiek jest taki bardziej nieczynny następnego dnia. Ja natomiast byłem. Co prawda – jak zwykle o 6 rano – nieco niemrawo szło mi funkcjonowanie, ale jednak.
Rychło okazało się, że byłem jedyną trzeźwą osobą w całej fabryce.
Po pierwsze – dało się to wyczuć. (miałem wrażenie, że z kilometra...)
Po drugie – panowała niemal idealna cisza – rzecz niespotykana w miejscu mojej pracy.
Po trzecie – w automacie z colą zabrakło napojów. (Poszła nawet Fanta – mimo, że nikt w normalnych warunkach jej nie pija....)
Po czwarte – dla większości słowo „reżyserka” okazało się niemożliwym do wypowiedzenia.
Ja takich problemów nie miałem i było mi radośnie. Też do czasu.
Okazało się bowiem, że w ogólnym podekscytowaniu, które dzień wcześniej towarzyszyło przygotowaniom do imprezy, nikt mnie nie powiadomił, że zaproszono piątkę przedszkolaków, którzy mięli zająć się przygotowaniem laurek dla dziadków (patrz data – przyp. autor) i ja potem miałem na tę okoliczność z nimi rozmawiać.
Słabo zrobiło mi się natychmiast, bo ja tak niekoniecznie lubię dzieci. Nie żebym dusił gdzieś w ciemnych zaułkach, ale staram się unikać. Dokładnie tak samo jak zarazków, wątróbki, słodkiego alkoholu, krajów, gdzie zima trwa cały rok i jeszcze kilku innych rzeczy. Wolno mi.
Zrozumiałe więc jest, że zdenerwowałem się natychmiast. A potem było gorzej. Okazało się, że nie można było przyprowadzić piątki dzieci. Niewychowawcze jest dzielenie przedszkolnej grupy, bo gnoje potem mogłyby się podusić z zazdrości. Przyszła zatem grupa w całości.
DWADZIEŚCIORO DWOJE PIĘCIOLATKÓW !!!!!
Najpierw upchnięto ich w newsroomie, gdzie znalazły się zorganizowane dla nich dwie poduchy monstrualnych rozmiarów, żeby w pupcie twardo nie było.
Jedna z poduch wytrzymała 5 minut, druga niecałe 8.
Okazało się, że poduchy w środku miały kuleczki styropianu.
Kuleczki ze styropianu są wszędzie.
Panie sprzątaczki odkurzały już dwa razy. Kuleczki są lepsze. Bo wciąż są.
Kiedy już odrastająca od ziemi przyszłość tego Narodu zdemolowała siedziska – zajęła się rozmową. Mniej więcej tak samo słychać by było rozmowę dwóch startujących odrzutowców, albo wodospadów Niagara.
Ponieważ hałas na wszystkich źle wpływał – szybko Capo di Tuti Capi wpadł na genialny w swej prostocie pomysł, aby dzieci towarzyszyły mi w pracy – i wepchnął mi je do studia.
DWADZIEŚCIORO DWOJE PIĘCIOLATKÓW !!!!!
Przez niemal dwie godziny udawałem, że ich nie widzę. Dzieci grzecznie rysowały laurki i od czasu do czasu:
- łapały mnie za nogę
- skubały mi sznurówki
- przynosiły mi kredki (po co na litość bosską????)
- szwendały się po całym pomieszczeniu
- zagłuszały rozmowy
- usiłowały przegryźć kable
Po dwóch godzinach nadszedł czas, abym z nimi porozmawiał. Z ciężkim sercem i paniką w oczach wlazłem w sam środek tego cyklonu. Na chybił trafił wybrałem sobie rezolutnie wyglądającą dziewczynkę.
- Jak masz na imię? – zadałem ambitne pytanie.
- ...me..le..lka – dziewczynka szybko rozwiała moją nadzieję co do swojej rezolutności.
- Jak? – nie zdołałem się opanować
- A – MEL - KA – chórem odpowiedziały dzieci.
Pot płynął mi po plecach. Zacząłem z nią rozmawiać – trzeba w to brnąć. Dzieci słuchały. I wszyscy inni też. Z coraz większym zainteresowaniem.
- Co narysowałaś Amelko...?
- Nie wieeem.... – odpowiedziała grzecznie
- To jest chyba kwiatek....? – wyszczebiotałem łagodnie
Kurwa jego mać... Ja też nie wiem co ona narysowała, ale chciałem jakoś pomóc speszonemu dziecku. Pot po plecach płynął mi już ciurkiem...
- Nieee – rzekła Amelka.
- Nie kwiatek....? – zdziwiłem się życzliwie – A co to jest w takim razie...?
- Nie wieeeem....
Porzuciłem chęć rozszyfrowania laurki dla dziadka. Trochę za późno, bo moi współpracownicy usiłowali się nie śmiać i kątem umysłu zastanawiałem się kiedy pękną. Większa część umysłu zajęta była gorączkowym poszukiwaniem sposobu na kontynuowanie rozmowy z pięciolatką.
- Amelko, a co robi twój dziadek? – zapytałem rozpaczliwie
- Nie żyje. – grobowym głosem odpowiedziało dziecko.
Współpracownicy przestali usiłować i niemal wszyscy wybiegli ze studia.
Ja w dalszym ciągu nie lubię dzieci.
Tylko jakby bardziej.
Brzuch zaczął mnie boleć koło 22. Najpierw starałem się nie zwracać uwagi na fanaberie mojego organizmu, potem zelżyłem się brzydkimi słowami za ilość wypitego szampana, potem zwątpiłem w swój kulinarny talent, w końcu nie jadłem niczego innego niż samodzielnie przygotowany obiad, a na końcu wymyśliłem sobie, że dopadła mnie grypa żołądkowa. Znaczy się są większe nieszczęścia w życiu i nie ma co zawracać sobie głowy.
Bosski nakarmił mnie No-Spą, na deser zeżarłem Ketanol i usiłowałem spać. Po dwóch godzinach mój fanaberyjny organizm uznał, że koniec spania i obudziłem się z przekonaniem, że ktoś przeciął mnie na pół. Dotrwałem do rana; wstał zaniepokojony Mąż, a ja uruchomiłem proces myślowy. Bosski siadł do Internetu i rychło okazało się, że objawy które prezentowałem w żaden sposób nie przypominały grypy żołądkowej.
- Podnieś prawą nogę do góry – poprosił mnie znad laptopa.
- A może od razu mnie dobij, co? – warknąłem tuz po tym, jak usiłowałem nogę, zgodnie z rozkazem, podnieść.
- Możesz nacisnąć to miejsce, które cię boli i szybko puścić? – kontynuował
- Nie mogę. – odpowiedziałem niemrawo, acz stanowczo. Naciskanie nie wchodziło w grę.
- Masz wyrostek – zawyrokował.
- Od trzydziestu lat go mam…
- No i wystarczy. Dzwonimy na pogotowie.
Pani odbierająca telefon zgodziła się z diagnozą Bosskiego, ponurym głosem zakomunikowała, że karetka musi mnie zabrać do szpitala i nie życząc miłego dnia zakończyła rozmowę. W trakcie następnych kilkunastu minut nabrałem mglistego przekonania, że gdyby nie Mąż, trzeba by mnie dobić, ponieważ państwowa służba zdrowia wymaga stosów dokumentów, o których ja nie miałem pojęcia. Pomijając już fakt, że za żadne skarby świata nie widziałbym, gdzie w naszym mieszkaniu są rmuły. To brzydkie słowo oznacza zaświadczenie, że płacimy składki na ten bajzel. Też nie wiedziałem.
Na Izbie Przyjęć zajął się mną młody lekarz. Nie zwracając uwagi na moje zdanie zrobił to, o co wcześniej prosił Bosski. Nacisnął mnie w bolące miejsce i puścił. A ja pazurami wczepiłem się w sufit.
Tuż po nim przyszła młodziutka dziewczynka, która okazała się lekarzem stażystą i usiłowała pobrać mi krew do badania. Jestem honorowym dawcą krwi. Igły się nie boję. Żyły mam jak postronki, nawet niewidomy nie miałby problemu z wkłuciem się w moją rękę. Ona miała. Przy trzeciej próbie przeprosiła grzecznie, że się dopiero uczy i kiepsko jej to wychodzi… Jakbym sam się nie zorientował… Grzecznie poprosiłem, żeby, w razie kolejnej porażki, po prostu rozcięła mi skórę nożem. Będzie szybciej. I skuteczniej.
Nie minęło kilka chwil i przyszedł inny lekarz z wycieczką szkolną w białych fartuchach. Dzieci okazały się również stażystami i już zacząłem mieć złe przeczucia. Słusznie. Byłem, jak się okazało, książkowym przykładem objawów zapalenia wyrostka robaczkowego i miałem posłużyć za przykład. Życzliwie nastawiony do ludzkości pomyślałem, że faktycznie lepiej uczyć się w praktyce niż teoretycznie i że kiedyś ci ludzie mogą mnie leczyć, i nie protestowałem. Zła decyzja to była. Wszyscy, jak jeden mąż domagali się ode mnie podnoszenia prawej nogi i lecieli mnie macać po brzuchu… Po kilku minutach tę jakże pouczającą lekcję przerwał mój, niekoniecznie grzeczny okrzyk:
- Do kurwy nędzy, już nawet ja się nauczyłem, że jest to odruch Blumberga i teraz czas dowiedzieć się, jak ten wyrostek ze mnie wydłubać!!
Podziałało, dzieci sobie poszły. Została „moja stażystka” i młody lekarz. Pomyślałem sobie, że jak te dzieci uprą się mnie leczyć, to dobrze nie będzie. Fakt, że oboje nie umieli podłączyć aparatu do EKG wcale nie pomógł w pozyskaniu mojego zaufania… Zrobiła to pielęgniarka.
Kilka chwil później przyszedł jakiś pan, który wyglądał na ciecia i zażyczył sobie, abym z nim poszedł. Zaprowadzi mnie na badanie USG. Przewlókł mnie przez kilometrowe korytarze i usiłował nakłonić, abym z parteru na drugie piętro wszedł po schodach. Tym razem byłem maksymalnie asertywny, choć nieco wulgarny i jednak pojechaliśmy windą. Ze schodami zdecydowanie się nie lubiłem. Do klasycznych objawów zapalenia ślepej kiszki należy dołożyć schodowstręt. Każdy stopień miał wysokość Mont Everestu, a ja kiepskim himalaistą jestem…
Pani doktor w gabinecie USG, prawdopodobnie w celu odwrócenia mojej uwagi od coraz bardziej bolącego brzucha, nafajdała mi tak chyba wiadro żelu o temperaturze wiecznej zmarzliny. Po czym zaczęła go po mnie rozmazywać. Wcale od tego cieplejszy się nie zrobił.
- Chłopiec czy dziewczynka, pani doktor…? - wymamrotałem cichutko
Kobieta uśmiechnęła się, dając mi do zrozumienia, że docenia moje wyrafinowane poczucie humoru, po czym dołożyła kolejną porcję wiecznej zmarzliny. Po jakimś roku pozwoliła mi zejść z leżanki i pan cieć (windą!) odstawił mnie na parter… gdzie okazało się, że teraz muszą mi zrobić rentgen klatki piersiowej. Na drugim piętrze.
Po kolejnym powrocie na Izbę przyjęć młodzi lekarze zakomunikowali mi, że za chwilę przyjdzie lekarz, który będzie mnie operował. Odetchnąłem, że nie oni i czekałem z nadzieją, że ktoś w tym szpitalu jednak skończył 25 lat i jakąś praktykę ma. Przyszedł pan doktor. Był starszy od gówniarzerii. Mógł mieć 35 lat. Do tego był oszałamiająco przystojny. Część mojej homoseksualnej natury zafrapowała się, że jestem nieuczesany, niewyspany, w rozciągniętych spodniach dresowych i bluzie typu rzęch, ale cholerny wyrostek szybko przypomniał, że mam ważniejsze sprawy do załatwienia niż prezentowanie swoich wątpliwych wdzięków przed medykiem. Pan doktor, a jakże, po raz kolejny sprawdził odruch Blumberga, ja po raz kolejny przykleiłem się do sufitu, choć usiłowałem zgrywać twardego jak głaz macho, przejrzał wyniki badań i umówił się ze mną na 14. Na bloku operacyjnym.
Cieć poprosił, abym zszedł do piwnicy, bo tam dostanę piżamkę, mam zostawić swoje rzeczy, on do mnie wróci i zaprowadzi mnie na oddział. Pokazał mi drogę. Grzecznie poszedłem we wskazanym kierunku, zjechałem windą w kazamaty i stanąłem przed drzwiami z napisem prosektorium. Najpierw chwilę pomilczałem. Potem moment mi zajęło zastanowienie się, czy cieć nie chciał przypadkiem mi czegoś zasugerować, następnie dość energicznie jak na swój stan zrobiłem w tył zwrot i wróciłem na izbę przyjęć. A tak okazało się, że magazyn do którego szedłem jest tuż za prosektorium. Wróciłem po piżamkę usiłując nie patrzyć na mijane drzwi.
Lacroix to nie był… Góra pasiastej piżamki była nieco kusa, za to w spodnie zmieściłby się poseł Ryszard Kalisz. A jeszcze byłoby trochę luzu. Wielka tleniona blondyna, która tak elegancko mnie zestroiła, nie dała się przekonać, że w innym rozmiarze obu części garderoby wyglądałbym nieco lepiej. Ściskając spadające spodnie w garści powlokłem się za cieciem na oddział. Ulokowałem się na łóżku, zapoznałem z sąsiadem, z którym dzieliłem salę i usiłowałem nieco odetchnąć od państwowej służby zdrowia.
- Na której sali leży wyrostek?!! – po szpitalnym korytarzu przetoczył się kobiecy krzyk
- Matko jedyna… jak dobrze, że nie czekam tu na operację np. hemoroidów… - pomyślałem
Właścicielka potężnego głosu, mikra pielęgniarka, znalazła mnie i wygnała do łazienki, Tam wręczyła mi maszynkę go golenia, wielkości małej szatkownicy do kapusty, z przykręcaną żyletką i kazała mi ogolić… no… w sensie pozbyć zbędnego owłosienia w rejonie pola operacyjnego. Każdy wie, gdzie mieszka wyrostek, więc nie ma potrzeby tłumaczenia, co musiałem sobie ogolić. Nieco wstrząśnięty popatrzyłem na trzymany przyrząd…
- Chyba z muzeum go zabrali… - pomyślałem z rozpaczą – Jeden zły ruch i albo zmienię płeć, albo sam sobie tym wydłubię ten wyrostek…
Kiedy już udało mi się wykonać polecenie, pielęgniarka przybiegła ponownie i kazała mi założyć giezło operacyjne, wypisz wymaluj takie, jakie nosił Jack Nickolson w „Lepiej późno niż później” w szpitalnej scenie. W każdym razie ja też świeciłem gołym tyłkiem, bo założenie tego inaczej jest niewykonalne. Nawiasem mówiąc, scena z gołym Tylkiem Nickolsona już mnie nie śmieszy…
Przyjechał Bosski i przywiózł mi różne rzeczy. Piżamę i zwykłą maszynkę do golenia również. Zrobiłem mu awanturę, bo poinformował moich rodziców, że dziecko jest w szpitalu. Rodzice denerwowali się cichutko nie zawracając mi głowy. Natomiast mamunia mojego taty, zwana w rodzinie Babcią Dulską, zdecydowała się podzielić ze mną swoimi obawami. Zadzwonił telefon.
- Halo… - wystękałem.
Z drugiej strony usłyszałem rozdzierający szloch.
- Halo… - powtórzyłem
- Wnusiu?!! Boże kochany… (szloch)…. O mój Boże…. (szloch)…. Jezusie Nazareński…. (szloch)…
- Może zadzwoń jak już się pomodlisz…?
- (szloch)… wiesz, że ludzie umierają na ślepą kiszkę… (szloch)….
- Babciu, obiecuję ci, że ja umrę na coś innego…
- Jak możesz tak żartować….(szloch)… to jest niebezpieczna operacja…. Młoda dziewczyna umarła…
- Jaka dziewczyna? – zapytałem wiedząc, że głupio robię.
- Tej starej Zośki, pierwszego męża siostrzenica… na ślepą kiszkę umarła… A młodsza była od ciebie… Sporo… Ze 25 lat miała…
Wieszczenie mojego rychłego zejścia było dokładnie w stylu babci, więc jakoś specjalnie się nie przejąłem, ale wypominanie mi wieku w takiej sytuacji… Fakt, że nie znam starej Zośki też jest nieistotny..
- Będę się za ciebie modlić – zakończyła babcia dobitnie. Nie wytrzymałem.
- Teraz czy po mojej śmierci…?
- Znowu żarty sobie stroisz… a ja się tak tu denerwuję… Boże mój… wnusiu kochany….
- Do widzenia babciu. Zadzwonię do ciebie po operacji. Jak przeżyję.
Przyszedł obłędnie przystojny pan doktor, którego Bosski obdarzył mało życzliwym spojrzeniem i poprosił o podpisanie zgody na operację. Powiedział, że najpierw spróbuje metody laparoskopowej, jeśli się nie uda, to otworzy mnie tradycyjnie. I czy się zgadzam. Zważywszy jego urodę, pewnie zgodziłbym się nawet na trepanację czaszki. Udało mi się tego nie powiedzieć. Niedługo później znów miałem filmowe skojarzenia, kiedy jechałem wieziony na łóżku i oglądałem uciekające jarzeniówki na suficie. W Ostrym Dyżurze wyglądało to jakoś lepiej. Potem samodzielnie wdrapałem się na katafalk, który okazał się stołem operacyjnym, zacząłem się awanturować, że coś zimnego leci mi w żyłę… i obudziłem się pod oknem w swojej sali. Bez wyrostka.
- Może weź torcik... – wysapał Maciek usiłując wydobyć z bagażnika taksówki szafę gdańską.
Wychodził z, poniekąd słusznego, założenia, że skoro weszła – powinna też wyjść. Bosski posłusznie sięgnął po torcik. Zostało mu wepchnięte w objęcia pudło w którym, sądząc po wadze, mieszkał nie torcik, a średniej wielkości słoń. Ola usiłowała wyciągnąć czternastą reklamówkę z tylnego siedzenia...
- Rusz się, kurrrwa – przemawiała do niej czule.
Zanim zdążyłem się ucieszyć jej przemową do opakowań, okazało się, że było to skierowane do mnie. Rzuciłem się na pomoc. Nie dlatego, że taki wyrywny jestem, tylko poślizgnąłem się, ponieważ Maciek kazał nam przybyć na uroczystość w strojach wieczorowych, a moje pantofle na mokrym chodniku błyskawicznie nabierają cech łyżew figurowych. Dopadłem więc Oli w potrójnym Ritbergerze czy innym Axlu, grzecznie waląc jej się na plecy.
- Nie poklepuj mnie, tylko weź to, do cholery!! – wymamrotała z furią, szarpiąc się z czymś, co wyglądało jak niewielka wanna, elegancko opakowana w reklamówkę.
- Maciuś, po co mu wanna? Mają prysznic...
- Jaka wanna?? – niemal wrzasnął Maciek wyrywając w końcu szafę z bagażnika.
Szafa okazała się walizą monstrualnych rozmiarów.
- No to? – wskazałem palcem na pakunek, który zatarasował wejście do kamienicznej bramy.
- To bigos – wysapał Maciek
- W wannie?? – osłupiałem.
- Głupi jesteś. W żadnej wannie, tylko w garnku. Takim większym. No... w takim małym kotle....
- Trochę mi ciężko... – wyszeptał Bosski ciągle trzymający w objęciach pudło ze słoniem, korzystając z tego, że mnie zatchnęło na myśl, że ktoś może gotować bigos w wannie, bo pierwsze skojarzenie było za silne, żeby tak od razu z niego zrezygnować.
- To idź już do windy – poradziła mu uczynnie Ola myśląc pewnie, że kolejne bramy będzie otwierał siłą woli.
Gospodarza, a zarazem głównego bohatera wieczoru nie było, ponieważ został wyciągnięty na kolację przez Betty. Było to oczywiście częścią misternego planu, uknutego przez Maćka. Szykowaliśmy przyjęcie – niespodziankę w amerykańskim stylu. Z głupimi czapeczkami na głowach, gwizdkami, balonami i okrzykiem „Suprise!” To też było powodem, dla którego dobytek średnio zamożnej rodziny musieliśmy przynieść ze sobą.
Był też pies, będący suką, o wdzięcznym imieniu Jadzia. Jadzia ma w zwyczaju puszczać bąki w najmniej spodziewanym momencie, co w tej chwili zupełnie było nieistotne.
- Trzeba napompować balony... – zarządził Maciek i wyrzucił z opakowania milion kolorowych flaczków.
- Czym – zapytała Agata
- Powietrzem – warknął Maciek z głową wetkniętą w przytarganą szafę.
Potem się okazało, że nie tylko ja, ale wszyscy zgromadzeni mogliby dać sobie głowę uciąć, że w końcu wyciągnie stamtąd comber z dzika, albo upieczone prosię. Z jabłkiem w którym bądź otworze.
- Jakim? – Agata wyraźnie nie rozumiała co nas czeka...
- Atmosferycznym kurwa. Przestań zadawać kretyńskie pytania tylko dmuchaj.
Kilka pękło. Balonów i osób. Bosski ze łzami w oczach marudził coś o hiperwentylacji, wróżąc nam śmiertelnie zejście...
- A to faktycznie byłaby niespodzianka... – Kokos łapał oddech – Wchodzi Dany i okazuje się, że na urodziny we własnej sypialni znajduje kilkanaście trupów...
- Z kokardkami, bo że Maciek by naszym zwłokom je pozawiązywał w różnych miejscach to pewne...- dodała Grażyna patrząc, jak Maciek usiłuje przystroić girlandami pokój.
- I ułożyłby z naszego truchła jakiś ładny geometryczny kształt...
Balony zostały nadmuchane, pokój przystrojony. Staliśmy stłoczeni i pokoju, bo główny organizator zabronił nam się szwendać po domu. Dany powinien lada chwila się objawić. Niestety nikt nie zauważył, że po cichutku do pokoju, między naszymi nogami weszła Jadzia...
- Na litość boską... Co tu tak śmierdzi... – Ola stała najbliżej.
- Bigos się zaśmierdł.... wysunął przypuszczenie Kokos. W tym samym momencie smrodek (to eufemizm...) doleciał do niego – Oszszsz kurczę... – złapał się za nos.
- Cichooo!!!! Idą!!!!! – scenicznym szeptem wrzasnęła Kasia z drugiego pokoju.
Maciek błyskawicznie wystawił Jadzię za drzwi, zamknął je (zostawiając nas w tym smrodzie) i zgasił światło.
- Weź to coś... – wyszeptała nerwowo Agata
- Do kogo ty mówisz...?
- Skąd mam wiedzieć... coś mi tu zawadza...
- To moja noga... Zostaw... – to Kokos.
- A to..? – słychać było jakąś szamotaninę.
- To też moja noga...
- W dwóch miejscach....? – Agata była oburzona
- Bo człowiek ma zazwyczaj dwie nogi – objaśnił życzliwie Bosski.
- Stonoga cholerna nie człowiek... Maciek zapalaj te świeczki na torcie...
Pokój zaczęły oświetlać małe płomyki. Podaliśmy tort Maćkowi, bo stał na czele. Trzasnęły drzwi wejściowe. Betty miała poprosić Danego, aby rzucił jej płaszcz do pokoju. Wtedy miał nas znaleźć.
- Daniel, rzuć mi to do pokoju. – poprosiła Betty.
- Odczep się! – to głos uprzejmego Jubilata.
- Masz krok do drzwi...
- Ale idę do łazienki.
- A po co? – niemądrze spytała Betty.
- Kupę zrobić! – wrzasnął Jubilat.
Towarzystwo w pokoju dostało zbiorowego ataku epilepsji. Aczkolwiek należy nas podziwiać, bo działo się to w idealnej ciszy.
Mijały minuty. Maćkowi zaczęły drżeć ręce, bo torcik jednak swoje ważył.
- Ile można robić kupę...? – wyszeptał cichutko Kokos
- To zależy... – odszepnęła Ola
- Ciiii... – to Maciek nieco drżącym z wysiłku szeptem.
Minęła kolejna minuta. Świeczki na torcie zaczęły się pomału dopalać.
- Zatwardzenie jak nic... – wyrwało mi się cichutko.
- Trzeba mu było dolać rycyny wieczorem... – odważyła się szepnąć ponownie Ola
- To by latał wtedy....
- Ale w tych przerwach może dalibyśmy radę wręczyć mu tort.... Maciek długo nie wytrzyma.
- Ciiii... – Maciek był zdecydowanie monotematyczny.
Odgłos spuszczanej wody chyba nigdy nie wywołał takiego entuzjazmu. To było lepsze niż pienia anielskie. A po chwili...
- Suprajs!!!!!!
Dawno nie widziałem tak wystraszonego człowieka.
Chwilę później, pałuszując bigos z wanny, podszedł do mnie Kokos i zapytał cichutko:
- Ty, jak myślisz, co by było, gdyby jednak PRZED pójściem do ubikacji wszedł do tego pokoju...?
|
||||||||||
| |
||||||||||
| |
|
|
|