nawrocki blog

Twój nowy blog

Nie poszedłem na firmową imprezę i było mi smutno. Do czasu.

 

Ale po kolei…

 

Rodzice dla swoich dzieci zazwyczaj chcą dobrze. Wyjątki od tej reguły się zdarzają, ale patologiami nie będziemy sobie zawracać głowy. Mamunia – od zawsze –  powtarzała mi, że byłoby miło, abym wybrał sobie wolny zawód. Wtedy na pewno nie będę musiał wstawać skoro świt i chodzić do fabryki na siódmą. Zauważyć należy, że niechęć do porannego wstawania u mnie w rodzinie jest dziedziczna. Po kądzieli.

 

Posłuchałem Mamuni.

Wybrałem wolny zawód.

Fabryki w dalszym ciągu zaczynają działać od 7.

Ja muszę w pracy być na szóstą…

 

To właśnie było głównym powodem dla którego odmówiłem udziału w ogólnym ochlaju i kiedy wszyscy w najlepsze korzystali z wielkoduszności szefostwa – ja pakowałem się do łóżka. Smutny i zły, że nie mogę bawić się ze wszystkimi…

Były co prawda namowy, abym pojawił się „na chwilkę” ale po 3 dekadach rozmaitych życiowych doświadczeń wiem, że imprezy z darmowym alkoholem nie kończą się po chwilce. To znaczy czasami – owszem, ale wtedy tym bardziej człowiek jest taki bardziej nieczynny następnego dnia. Ja natomiast byłem. Co prawda – jak zwykle o 6 rano – nieco niemrawo szło mi funkcjonowanie, ale jednak.

 

Rychło okazało się, że byłem jedyną trzeźwą osobą w całej fabryce.

 

Po pierwsze – dało się to wyczuć. (miałem wrażenie, że z kilometra…)

Po drugie – panowała niemal idealna cisza – rzecz niespotykana w miejscu mojej pracy.

Po trzecie – w automacie z colą zabrakło napojów. (Poszła nawet Fanta – mimo, że nikt w normalnych warunkach jej nie pija….)

Po czwarte – dla większości słowo „reżyserka” okazało się niemożliwym do wypowiedzenia.

 

Ja takich problemów nie miałem i było mi radośnie. Też do czasu.

 

Okazało się bowiem, że w ogólnym podekscytowaniu, które dzień wcześniej towarzyszyło przygotowaniom do imprezy, nikt mnie nie powiadomił, że zaproszono piątkę przedszkolaków, którzy mięli zająć się przygotowaniem laurek dla dziadków (patrz data – przyp. autor) i ja potem miałem na tę okoliczność z nimi rozmawiać.

 

Słabo zrobiło mi się natychmiast, bo ja tak niekoniecznie lubię dzieci. Nie żebym dusił gdzieś w ciemnych zaułkach, ale staram się unikać. Dokładnie tak samo jak zarazków, wątróbki,  słodkiego alkoholu, krajów, gdzie zima trwa cały rok i jeszcze kilku innych rzeczy. Wolno mi.

 

Zrozumiałe więc jest, że zdenerwowałem się natychmiast. A potem było gorzej. Okazało się, że nie można było przyprowadzić piątki dzieci. Niewychowawcze jest dzielenie przedszkolnej grupy, bo gnoje potem mogłyby się  podusić z zazdrości. Przyszła zatem grupa w całości.

 

DWADZIEŚCIORO DWOJE PIĘCIOLATKÓW !!!!!

 

Najpierw upchnięto ich w newsroomie, gdzie znalazły się zorganizowane dla nich dwie poduchy monstrualnych rozmiarów, żeby w pupcie twardo nie było.

Jedna z poduch wytrzymała 5 minut, druga niecałe 8.

Okazało się, że poduchy w środku miały kuleczki styropianu.

Kuleczki ze styropianu są wszędzie.

 

Panie sprzątaczki odkurzały już dwa razy. Kuleczki są lepsze. Bo wciąż są.

 

Kiedy już odrastająca od ziemi przyszłość tego Narodu zdemolowała siedziska – zajęła się rozmową. Mniej więcej tak samo słychać by było rozmowę dwóch startujących odrzutowców, albo wodospadów Niagara.

Ponieważ hałas na wszystkich źle wpływał – szybko Capo di Tuti Capi wpadł na genialny w swej prostocie pomysł, aby dzieci towarzyszyły mi w pracy – i wepchnął mi je do studia.

 

DWADZIEŚCIORO DWOJE PIĘCIOLATKÓW !!!!!

 

Przez niemal dwie godziny udawałem, że ich nie widzę. Dzieci grzecznie rysowały laurki i od czasu do czasu:

 

-         łapały mnie za nogę

-         skubały mi sznurówki

-         przynosiły mi kredki (po co na litość bosską????)

-         szwendały się po całym pomieszczeniu

-         zagłuszały rozmowy

-         usiłowały przegryźć kable

 

Po dwóch godzinach nadszedł czas, abym z nimi porozmawiał.  Z ciężkim sercem i paniką w oczach wlazłem w sam środek tego cyklonu. Na chybił trafił wybrałem sobie rezolutnie wyglądającą dziewczynkę.

 

-         Jak masz na imię? – zadałem ambitne pytanie.

-         …me..le..lka – dziewczynka szybko rozwiała moją nadzieję co do swojej rezolutności.

-         Jak? – nie zdołałem się opanować

-         A – MEL – KA – chórem odpowiedziały dzieci.

 

Pot płynął mi po plecach. Zacząłem z nią rozmawiać – trzeba w to brnąć. Dzieci słuchały. I wszyscy inni też. Z coraz większym zainteresowaniem.

 

-         Co narysowałaś Amelko…?

-         Nie wieeem…. – odpowiedziała grzecznie

-         To jest chyba kwiatek….? – wyszczebiotałem łagodnie

 

Kurwa jego mać… Ja też nie wiem co ona narysowała, ale chciałem jakoś pomóc speszonemu dziecku. Pot po plecach płynął mi już ciurkiem…

 

-         Nieee – rzekła Amelka.

-         Nie kwiatek….? – zdziwiłem się życzliwie –  A co to jest w takim razie…?

-         Nie wieeeem….

 

Porzuciłem chęć rozszyfrowania laurki dla dziadka. Trochę za późno, bo moi współpracownicy usiłowali się nie śmiać i kątem umysłu zastanawiałem się kiedy pękną. Większa część umysłu zajęta była gorączkowym poszukiwaniem sposobu na kontynuowanie rozmowy z pięciolatką.

 

-         Amelko, a co robi twój dziadek? – zapytałem rozpaczliwie

-         Nie żyje. – grobowym głosem odpowiedziało dziecko.

 

Współpracownicy przestali usiłować i niemal wszyscy wybiegli ze studia.

Ja w dalszym ciągu nie lubię dzieci.

Tylko jakby bardziej.


Były tańce i duża ilość alkoholu. Sylwester zdecydowanie należał do udanych. Dość szybko doszliśmy do siebie i 1 stycznia wieczorem, zadowoleni z życia, spędzaliśmy czas na nowej kanapie w wyremontowanym mieszkaniu i było bossko. Do czasu.

Brzuch zaczął mnie boleć koło 22. Najpierw starałem się nie zwracać uwagi na fanaberie mojego organizmu, potem zelżyłem się brzydkimi słowami za ilość wypitego szampana, potem zwątpiłem w swój kulinarny talent, w końcu nie jadłem niczego innego niż samodzielnie przygotowany obiad, a na końcu wymyśliłem sobie, że dopadła mnie grypa żołądkowa. Znaczy się są większe nieszczęścia w życiu i nie ma co zawracać sobie głowy. 

Bosski nakarmił mnie No-Spą, na deser zeżarłem Ketanol i usiłowałem spać. Po dwóch godzinach mój fanaberyjny organizm uznał, że koniec spania i obudziłem się z przekonaniem, że ktoś przeciął mnie na pół. Dotrwałem do rana; wstał zaniepokojony Mąż, a ja uruchomiłem proces myślowy. Bosski siadł do Internetu i rychło okazało się, że objawy które prezentowałem w żaden sposób nie przypominały grypy żołądkowej.

- Podnieś prawą nogę do góry – poprosił mnie znad laptopa.

- A może od razu mnie dobij, co? – warknąłem tuz po tym, jak usiłowałem nogę, zgodnie z rozkazem, podnieść.

- Możesz nacisnąć to miejsce, które cię boli i szybko puścić? – kontynuował

- Nie mogę. – odpowiedziałem niemrawo, acz stanowczo. Naciskanie nie wchodziło w grę.

- Masz wyrostek – zawyrokował.

- Od trzydziestu lat go mam…

- No i wystarczy. Dzwonimy na pogotowie.

Pani odbierająca telefon zgodziła się z diagnozą Bosskiego, ponurym głosem zakomunikowała, że karetka musi mnie zabrać do szpitala i nie życząc miłego dnia zakończyła rozmowę. W trakcie następnych kilkunastu minut nabrałem mglistego przekonania, że gdyby nie Mąż, trzeba by mnie dobić, ponieważ państwowa służba zdrowia wymaga stosów dokumentów, o których ja nie miałem pojęcia. Pomijając już fakt, że za żadne skarby świata nie widziałbym, gdzie w naszym mieszkaniu są rmuły.  To brzydkie słowo oznacza zaświadczenie, że płacimy składki na ten bajzel. Też nie wiedziałem.

 

Na Izbie Przyjęć zajął się mną młody lekarz. Nie zwracając uwagi na moje zdanie zrobił to, o co wcześniej prosił Bosski. Nacisnął mnie w bolące miejsce i puścił. A ja pazurami wczepiłem się w sufit.

Tuż po nim przyszła młodziutka dziewczynka, która okazała się lekarzem stażystą i usiłowała pobrać mi krew do badania. Jestem honorowym dawcą krwi. Igły się nie boję. Żyły mam jak postronki, nawet niewidomy nie miałby problemu z wkłuciem się w moją rękę. Ona miała. Przy trzeciej próbie przeprosiła grzecznie, że się dopiero uczy i kiepsko jej to wychodzi… Jakbym sam się nie zorientował… Grzecznie poprosiłem, żeby, w razie kolejnej porażki, po prostu rozcięła mi skórę nożem. Będzie szybciej. I skuteczniej.

 

Nie minęło kilka chwil i przyszedł inny lekarz z wycieczką szkolną w białych fartuchach. Dzieci okazały się również stażystami i już zacząłem mieć złe przeczucia. Słusznie. Byłem, jak się okazało, książkowym przykładem objawów zapalenia wyrostka robaczkowego i miałem posłużyć za przykład. Życzliwie nastawiony do ludzkości pomyślałem, że faktycznie lepiej uczyć się w praktyce niż teoretycznie i że kiedyś ci ludzie mogą mnie leczyć, i nie protestowałem. Zła decyzja to była. Wszyscy, jak jeden mąż domagali się ode mnie podnoszenia prawej nogi i lecieli mnie macać po brzuchu… Po kilku minutach tę jakże pouczającą lekcję przerwał mój, niekoniecznie grzeczny okrzyk:

- Do kurwy nędzy, już nawet ja się nauczyłem, że jest to odruch Blumberga i teraz czas dowiedzieć się, jak ten wyrostek ze mnie wydłubać!!

 

Podziałało, dzieci sobie poszły. Została „moja stażystka” i młody lekarz. Pomyślałem sobie, że jak te dzieci uprą się mnie leczyć, to dobrze nie będzie. Fakt, że oboje nie umieli podłączyć aparatu do EKG wcale nie pomógł w pozyskaniu mojego zaufania… Zrobiła to pielęgniarka.

Kilka chwil później przyszedł jakiś pan, który wyglądał na ciecia i zażyczył sobie, abym z nim poszedł. Zaprowadzi mnie na badanie USG. Przewlókł mnie przez kilometrowe korytarze i usiłował nakłonić, abym z parteru na drugie piętro wszedł po schodach. Tym razem byłem maksymalnie asertywny, choć nieco wulgarny i jednak pojechaliśmy windą. Ze schodami zdecydowanie się nie lubiłem. Do klasycznych objawów zapalenia ślepej kiszki należy dołożyć schodowstręt. Każdy stopień miał wysokość Mont Everestu, a ja kiepskim himalaistą jestem…

 

Pani doktor w gabinecie USG, prawdopodobnie w celu odwrócenia mojej uwagi od coraz bardziej bolącego brzucha, nafajdała mi tak chyba wiadro żelu o temperaturze wiecznej zmarzliny. Po czym zaczęła go po mnie rozmazywać. Wcale od tego cieplejszy się nie zrobił.

- Chłopiec czy dziewczynka, pani doktor…? – wymamrotałem cichutko

Kobieta uśmiechnęła się, dając mi do zrozumienia, że docenia moje wyrafinowane poczucie humoru, po czym dołożyła kolejną porcję wiecznej zmarzliny. Po jakimś roku pozwoliła mi zejść z leżanki i pan cieć (windą!) odstawił mnie na parter… gdzie okazało się, że teraz muszą mi zrobić rentgen klatki piersiowej. Na drugim piętrze.

 

Po kolejnym powrocie na Izbę przyjęć młodzi lekarze zakomunikowali mi, że za chwilę przyjdzie lekarz, który będzie mnie operował. Odetchnąłem, że nie oni i czekałem z nadzieją, że ktoś w tym szpitalu jednak skończył 25 lat i jakąś praktykę ma. Przyszedł pan doktor. Był starszy od gówniarzerii. Mógł mieć 35 lat. Do tego był oszałamiająco przystojny. Część mojej homoseksualnej natury zafrapowała się, że jestem nieuczesany, niewyspany,  w rozciągniętych spodniach dresowych i bluzie typu rzęch, ale cholerny wyrostek szybko przypomniał, że mam ważniejsze sprawy do załatwienia niż prezentowanie swoich wątpliwych wdzięków przed medykiem. Pan doktor, a jakże, po raz kolejny sprawdził odruch Blumberga, ja po raz kolejny przykleiłem się do sufitu, choć usiłowałem zgrywać twardego jak głaz macho, przejrzał wyniki badań i umówił się ze mną na 14. Na bloku operacyjnym.

 

Cieć poprosił, abym zszedł do piwnicy, bo tam dostanę piżamkę, mam zostawić swoje rzeczy, on do mnie wróci i zaprowadzi mnie na oddział. Pokazał mi drogę. Grzecznie poszedłem we wskazanym kierunku, zjechałem windą w kazamaty i stanąłem przed drzwiami z napisem prosektorium.  Najpierw chwilę pomilczałem. Potem moment mi zajęło zastanowienie się, czy cieć nie chciał przypadkiem mi czegoś zasugerować, następnie dość energicznie jak na swój stan zrobiłem w tył zwrot i wróciłem na izbę przyjęć. A tak okazało się, że magazyn do którego szedłem jest tuż za prosektorium. Wróciłem po piżamkę usiłując nie patrzyć na mijane drzwi.

 

Lacroix to nie był… Góra pasiastej piżamki była nieco kusa, za to w spodnie zmieściłby się poseł Ryszard Kalisz. A jeszcze byłoby trochę luzu. Wielka tleniona blondyna, która tak elegancko mnie zestroiła, nie dała się przekonać, że w innym rozmiarze obu części garderoby wyglądałbym nieco lepiej. Ściskając spadające spodnie w garści powlokłem się za cieciem na oddział. Ulokowałem się na łóżku, zapoznałem z sąsiadem, z którym dzieliłem salę i usiłowałem nieco odetchnąć od państwowej służby zdrowia.

- Na której sali leży wyrostek?!! – po szpitalnym korytarzu przetoczył się kobiecy krzyk

- Matko jedyna… jak dobrze, że nie czekam tu na operację np. hemoroidów… – pomyślałem

Właścicielka potężnego głosu, mikra pielęgniarka,  znalazła mnie i wygnała do łazienki, Tam wręczyła mi maszynkę go golenia, wielkości małej szatkownicy do kapusty, z przykręcaną żyletką i kazała mi ogolić… no… w sensie pozbyć zbędnego owłosienia w rejonie pola operacyjnego. Każdy wie, gdzie mieszka wyrostek, więc nie ma potrzeby tłumaczenia, co musiałem sobie ogolić. Nieco wstrząśnięty popatrzyłem na trzymany przyrząd…

- Chyba z muzeum go zabrali… – pomyślałem z rozpaczą – Jeden zły ruch i albo zmienię płeć, albo sam sobie tym wydłubię ten wyrostek…

Kiedy już udało mi się wykonać polecenie, pielęgniarka przybiegła ponownie i kazała mi założyć giezło operacyjne, wypisz wymaluj takie, jakie nosił Jack Nickolson w „Lepiej późno niż później” w szpitalnej scenie. W każdym razie ja też świeciłem gołym tyłkiem, bo założenie tego inaczej jest niewykonalne. Nawiasem mówiąc, scena z gołym Tylkiem Nickolsona już mnie nie śmieszy…

 

Przyjechał Bosski i przywiózł mi różne rzeczy. Piżamę i zwykłą maszynkę do golenia również. Zrobiłem mu awanturę, bo poinformował moich rodziców, że dziecko jest w szpitalu. Rodzice denerwowali się cichutko nie zawracając mi głowy. Natomiast mamunia mojego taty, zwana w rodzinie Babcią Dulską, zdecydowała się podzielić ze mną swoimi obawami. Zadzwonił telefon.

- Halo… – wystękałem.

Z drugiej strony usłyszałem rozdzierający szloch.

- Halo… – powtórzyłem

- Wnusiu?!! Boże kochany… (szloch)…. O mój Boże…. (szloch)…. Jezusie Nazareński…. (szloch)…

- Może zadzwoń jak już się pomodlisz…?

- (szloch)… wiesz, że ludzie umierają na ślepą kiszkę… (szloch)….

- Babciu, obiecuję ci, że ja umrę na coś innego…

- Jak możesz tak żartować….(szloch)… to jest niebezpieczna operacja…. Młoda dziewczyna umarła…

- Jaka dziewczyna? – zapytałem wiedząc, że głupio robię.

- Tej starej Zośki, pierwszego męża siostrzenica… na ślepą kiszkę umarła… A młodsza była od ciebie… Sporo… Ze 25 lat miała…

Wieszczenie mojego rychłego zejścia było dokładnie w stylu babci, więc jakoś specjalnie się nie przejąłem, ale wypominanie mi wieku w takiej sytuacji… Fakt, że nie znam starej Zośki też jest nieistotny..

- Będę się za ciebie modlić – zakończyła babcia dobitnie. Nie wytrzymałem.

- Teraz czy po mojej śmierci…?

- Znowu żarty sobie stroisz… a ja się tak tu denerwuję… Boże mój… wnusiu kochany….

- Do widzenia babciu. Zadzwonię do ciebie po operacji. Jak przeżyję.

 

Przyszedł obłędnie przystojny pan doktor, którego Bosski obdarzył mało życzliwym spojrzeniem i poprosił o podpisanie zgody na operację. Powiedział, że najpierw spróbuje metody laparoskopowej, jeśli się nie uda, to otworzy mnie tradycyjnie.  I czy się zgadzam. Zważywszy jego urodę, pewnie zgodziłbym się nawet na trepanację czaszki. Udało mi się tego nie powiedzieć. Niedługo później znów miałem filmowe skojarzenia, kiedy jechałem wieziony na łóżku i oglądałem uciekające jarzeniówki na suficie. W Ostrym Dyżurze wyglądało to jakoś lepiej. Potem samodzielnie wdrapałem się na katafalk, który okazał się stołem operacyjnym, zacząłem się awanturować, że coś zimnego leci mi w żyłę… i obudziłem się pod oknem w swojej sali. Bez wyrostka.

      -         Może weź torcik… – wysapał Maciek usiłując wydobyć z bagażnika taksówki szafę gdańską.

Wychodził z, poniekąd słusznego, założenia, że skoro weszła – powinna też wyjść. Bosski posłusznie sięgnął po torcik. Zostało mu wepchnięte w objęcia pudło w którym, sądząc po wadze, mieszkał nie torcik, a średniej wielkości słoń.  Ola usiłowała wyciągnąć czternastą reklamówkę z tylnego siedzenia…

-         Rusz się, kurrrwa – przemawiała do niej czule.

Zanim zdążyłem się ucieszyć jej przemową do opakowań, okazało się, że było to skierowane do mnie. Rzuciłem się na pomoc. Nie dlatego, że taki wyrywny jestem, tylko poślizgnąłem się,  ponieważ Maciek kazał nam przybyć na uroczystość w strojach wieczorowych, a moje pantofle na mokrym chodniku błyskawicznie nabierają cech łyżew figurowych. Dopadłem więc Oli w potrójnym Ritbergerze czy innym Axlu, grzecznie waląc jej się na plecy.

-         Nie poklepuj mnie, tylko weź to, do cholery!! – wymamrotała z furią, szarpiąc się z czymś, co wyglądało jak niewielka wanna, elegancko opakowana w reklamówkę.


   Ponieważ Maciek wymyślił, że kupimy Danemu jakiś odjechany prezent, pomyślałem, że chyba mu się udało. Prezent oryginalny jest na pewno, tylko nie wiem, czy funkcjonalny, ponieważ w łazience mieszkania Danego i Betty już jedna osoba robi potworny ścisk. Wanna, nawet niewielka, mogłaby się nie zmieścić. Nie wytrzymałem.

-         Maciuś, po co mu wanna? Mają prysznic…

-         Jaka wanna?? – niemal wrzasnął Maciek wyrywając w końcu szafę z bagażnika.

Szafa okazała się walizą monstrualnych rozmiarów.

-         No to? – wskazałem palcem na pakunek, który zatarasował wejście do kamienicznej bramy.

-         To bigos – wysapał Maciek

-         W wannie?? – osłupiałem.

-         Głupi jesteś. W żadnej wannie, tylko w garnku. Takim większym. No… w takim małym kotle….

-         Trochę mi ciężko… – wyszeptał Bosski ciągle trzymający w objęciach pudło ze słoniem,  korzystając z tego, że mnie zatchnęło na myśl, że ktoś może gotować bigos w wannie, bo pierwsze skojarzenie było za silne, żeby tak od razu z niego zrezygnować.

-         To idź już do windy – poradziła mu uczynnie Ola myśląc pewnie, że kolejne bramy będzie otwierał siłą woli.


   Pozbieraliśmy wszystkie pakunki, wannę, szafę gdańską i słonia w pudełku i ruszyliśmy do budynku. Rychło się okazało, że w windzie cały ten majdan się zmieścił, ale my już nie. Maciek z uporem godnym lepszej sprawy, nie chciał pozwolić gratom na samodzielną podróż windą, więc dość chwilę nam zajęło opanowanie logistyki. W końcu trafiliśmy do właściwego mieszkania.

Gospodarza, a zarazem głównego bohatera wieczoru nie było,  ponieważ został wyciągnięty na kolację przez Betty. Było to oczywiście częścią misternego planu, uknutego przez Maćka. Szykowaliśmy przyjęcie – niespodziankę w amerykańskim stylu. Z głupimi czapeczkami na głowach, gwizdkami, balonami i okrzykiem „Suprise!”  To też było powodem, dla którego dobytek średnio zamożnej rodziny musieliśmy przynieść ze sobą.


   Honory domu tymczasem czyniła współlokatorka Betty i Danego – Kasia.

Był też pies, będący suką, o wdzięcznym imieniu Jadzia. Jadzia ma w zwyczaju puszczać bąki w najmniej spodziewanym momencie, co w tej chwili zupełnie było nieistotne.


   Wspólnymi siłami upchnęliśmy cały dobytek w małym pokoju, tak aby w części dziennej nie został po nas nawet ślad. Chwilę później zaczęli się schodzić pozostali goście.  Mały pokój rychło zaczął wyglądać jak szatnia teatralna przez którą przeszło tornado przywiewając ze sobą zakładową stołówkę. Luzem.

-         Trzeba napompować balony… – zarządził Maciek i wyrzucił z opakowania milion kolorowych flaczków.

-         Czym – zapytała Agata

-         Powietrzem – warknął Maciek z głową wetkniętą w przytarganą szafę.

Potem się okazało, że nie tylko ja, ale wszyscy zgromadzeni mogliby dać sobie głowę uciąć, że w końcu wyciągnie stamtąd comber z dzika, albo upieczone prosię. Z jabłkiem w którym bądź otworze.

-         Jakim? – Agata wyraźnie nie rozumiała co nas czeka…

-         Atmosferycznym kurwa. Przestań zadawać kretyńskie pytania tylko dmuchaj.

 

Kilka pękło. Balonów i osób. Bosski ze łzami w oczach marudził coś o hiperwentylacji, wróżąc nam śmiertelnie zejście…

 

-         A to faktycznie byłaby niespodzianka… – Kokos łapał oddech – Wchodzi Dany i okazuje się, że na urodziny we własnej sypialni znajduje kilkanaście trupów…

-         Z kokardkami, bo że Maciek by naszym zwłokom je pozawiązywał w różnych miejscach to pewne…- dodała Grażyna patrząc, jak Maciek usiłuje przystroić girlandami pokój.

-         I ułożyłby z naszego truchła jakiś ładny geometryczny kształt…

 

   Balony zostały nadmuchane, pokój przystrojony. Staliśmy stłoczeni i pokoju, bo główny organizator zabronił nam się szwendać po domu. Dany powinien lada chwila się objawić. Niestety nikt nie zauważył, że po cichutku do pokoju, między naszymi nogami weszła Jadzia…

 

-         Na litość boską… Co tu tak śmierdzi… – Ola stała najbliżej.

-         Bigos się zaśmierdł…. wysunął przypuszczenie Kokos. W tym samym momencie smrodek (to eufemizm…) doleciał do niego – Oszszsz kurczę… – złapał się za nos.

-         Cichooo!!!! Idą!!!!! – scenicznym szeptem wrzasnęła Kasia z drugiego pokoju.

 

Maciek błyskawicznie wystawił Jadzię za drzwi, zamknął je (zostawiając nas w tym smrodzie) i zgasił światło.

 

-         Weź to coś… – wyszeptała nerwowo Agata

-         Do kogo ty mówisz…?

-         Skąd mam wiedzieć… coś mi tu zawadza…

-         To moja noga… Zostaw… – to Kokos.

-         A to..? – słychać było jakąś szamotaninę.

-         To też moja noga…

-         W dwóch miejscach….? – Agata była oburzona

-         Bo człowiek ma zazwyczaj dwie nogi – objaśnił życzliwie Bosski.

-         Stonoga cholerna nie człowiek… Maciek zapalaj te świeczki na torcie…

 

Pokój zaczęły oświetlać małe płomyki. Podaliśmy tort Maćkowi, bo stał na czele. Trzasnęły drzwi wejściowe. Betty miała poprosić Danego, aby rzucił jej płaszcz do pokoju. Wtedy miał nas znaleźć.

 

-         Daniel, rzuć mi to do pokoju. – poprosiła Betty.

-         Odczep się! – to głos uprzejmego Jubilata.

-         Masz krok do drzwi…

-         Ale idę do łazienki.

-         A po co? – niemądrze spytała Betty.

-         Kupę zrobić! – wrzasnął Jubilat.

 

Towarzystwo w pokoju dostało zbiorowego ataku epilepsji. Aczkolwiek należy nas podziwiać, bo działo się to w idealnej ciszy.

 

Mijały minuty. Maćkowi zaczęły drżeć ręce, bo torcik jednak swoje ważył.

 

-         Ile można robić kupę…? – wyszeptał cichutko Kokos

-         To zależy… – odszepnęła Ola

-         Ciiii… – to Maciek nieco drżącym z wysiłku szeptem.

 

Minęła kolejna minuta. Świeczki na torcie zaczęły się pomału dopalać.

 

      -     Zatwardzenie jak nic… – wyrwało mi się cichutko.

-         Trzeba mu było dolać rycyny wieczorem… – odważyła się szepnąć ponownie Ola

-         To by latał wtedy….

-         Ale w tych przerwach może dalibyśmy radę wręczyć mu tort…. Maciek długo nie wytrzyma.

-         Ciiii… – Maciek był zdecydowanie monotematyczny.

 

Odgłos spuszczanej wody chyba nigdy nie wywołał takiego entuzjazmu. To było lepsze niż pienia anielskie. A po chwili…

 

-         Suprajs!!!!!!

 

Dawno nie widziałem tak wystraszonego człowieka.

 

Chwilę później, pałuszując bigos z wanny, podszedł do mnie Kokos i zapytał cichutko:

      - Ty, jak myślisz, co by było,  gdyby jednak PRZED pójściem do ubikacji wszedł do tego pokoju…?

      

Pojęcia nie mam dlaczego nic nie dał nam do myslenia fakt, że w Paryżu jesteśmy już 6. dzień i nic dziwnego się nie zdarzyło…

 

Siedzieliśmy w pociągu na stacji w Disneylandzie pod Paryżem. Usiłowaliśmy złapać oddech po całym dniu szalenia na rozmaitych kolejkach, pałacach strachu, przejeżdżkach podwodnymi łodziami i podróży w kosmos. Żeby nikt nie mógł nas szantażować, od razu przyznam się, że lot Piotrusia Pana – czyli atrakcję dla najmłodszych – też zaliczyliśmy. Paradę bajek również.

 

Pociąg po długim namyśle ruszył ze stacji, ale coś niemrawo mu to szło. Bardziej stał niż jechał, przy czym kolejne postoje były coraz dłuższe. Na jednej ze stacji dosiadła się do nas jakaś pani i usiadła na siedzeniu obok mnie. Bosski siedział naprzeciwko.

Zerknąłem jej przez ramię i zobaczyłem, że czerwonym długopisem poprawia jakieś wypracowanie napisane po francusku. I to był początek kłopotów…

 

- Taka nasza Jola – powiedziałem z usmiecham do Bosskiego, wskazując wzrokiem siedzącą obok pasażerkę.

Jola dlatego, że tak ma na imię nasza przyjaciółka – nauczycielka. Pasowała nie tylko profesja, ale też wygląd. Starszej sympatycznej pani.

- Niom. – zgodził się grzecznie Mąż.

 

Pociąg kolejny raz stanął. Z głośników popłynał uspokajający głos maszynisty. Uspokajający – w domyśle, ponieważ kolejarz mówił primo – po francusku, secudno – szybko, tertio – przez głośnik, więc jasne jest, że nie zrozumieliśmy nic.

 

- Znowu stoimy… – odkrywczo zauważył Bosski.

- Niemożliwe – zdziwiłem się uprzejmie – wydawało mi się, że pędzimy jak strzała…

- Ciekawe co on powiedział…

- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła…

- To Ty już jesteś dawno w piekielnej suterenie…

Uprzyjemnialiśmy sobie postój życzliwą rozmową. Jola uśmiechała się pod wąsem, kreśląc wypracowanie. Widocznie jakieś głupoty ktoś napisał.

 

Przejechaliśmy kolejne kilkaset metrów i stanęliśmy ponownie. Pan maszynista znów uprzejmie coś do nas powiedział. Niemniej uprzejmie znowu nic nie zrozumieliśmy.

 

- Zobacz, jaki spokojny naród. – zauważył Bosski – u nas już grzmiałaby wspaniała awantura, że jaka dziadowska ta kolej… A tu proszę, Jola spokojnie poprawia klasówki, inni czytają, albo pogrążeni są w rozmowie…

- Nie wszyscy. Zobacz, tam jakiś pan chodzi od okna do okna i nie wygląda na szczęśliwego… – zaprotestowałem.

- Ale to Polak – odpowiedział Mąż

- Skąd wiesz?

- Widziałem go w Disnaylandzie. A właściwie przede wszystkim słyszałem. Pytał pełną piesią „Gdzie, do kurwy nędzy, jest ten cholerny kibel”.

 

Jola zachichotała do wypracowania. Ten uczeń to musi być jakiś wyjątkowy debil.

 

- Słuchaj, chyba zapuściliśmy korzenie…  Do tej pory chociaż trochę się ruszaliśmy…

- Poruszaj się, kto ci broni…

- Idiota. W sensie kolejowym się poruszaliśmy… Może warto zobaczyć czy mamy jakąś alternatywę…?

 

Rozłożylismy mapę komunikacji paryskiej. Alternatywy nie było. Gdybyśmy chcieli dostać się do Poznania, to bylibysmy mniej więcej w Swarzędzu. Jeśli miałby to być Gdańsk, to spędzalibyśmy czas w Pruszczu Gdańskim. Tym razem byliśmy w Bry sur–Marne. Wolałbym chyba jednak Swarzędz. Przynajmniej umiem to wymówić.

 

- Słuchaj, czy Jola zaglądała mi przez ramię – zainteresowałem się z uśmiechem.

- Niom.

- Wypracowanie jej się kończy i zaczyna się nudzić… Też kombinuje, jakby się wydostać – domyśliłem się. – Swoją drogą, ten uczeń ma pecha. Jedynka będzie jak nic – zerknąłem ponownie na pokreslony na czerwono arkusz papieru. – Gdybyśmy jechali szybciej nie byłaby tak dokładna…

 

Dyskusję na temat stanu umysłu jakiegoś francuskiego ucznia i staranności francuskiej nauczycielki przerwał kolejny komunikat z głośnika. Tym razem był wyraźniejszy. No, tyle o ile. Brzmiał mniej więcej tak.

 Attention! Bla, bla, bla, problématique bla, bla, bla, énergétique, dużo razy bla bla bla i w końcu deux cent dix.” 

Chwila ciszy. Francuzi zaczęli wysiadać z pociągu.

 

- O co chodzi – zapytał beznadziejnie Bosski.

- Z tego co zrozumiałem mamy problem energetyczny i będziemy tu stać 210 godzin.

- Ile???

- 210. To zrozumiałem. Deux cent dix. Karolina męczyła mnie z liczebników.

- Że też nie mogła pomęczyć cię z reszty…

 

- Ekhm – zakrztusiła się Jola, też gramoląca się ze swojego miejsca.

Odwróciliśmy głowy, gotowi nieść pomoc. Poklepać po pleckach czy coś…

 

- Nie 210 godzin, tylko autobus lini 210. – powiedziała Jola, z mocnym francuskim akcentem, ale zdecydowanie PO POLSKU!!! – Z tej stacji macie taki autobus, a on dojeżdza do Château de Vincennes – pierwszej stacji metra linii 1. Bonne chance! – dodała ze śmiechem.

 

Nigdy w życiu nie spaliłem takiej cegły.

Słowo na R.

3 komentarzy

   Mam wrażenie, że remont zaczęliśmy planować sto lat temu. Powstała koncepcja przebudowy naszego mieszkania i dojrzewała sobie powolutku. Na tyle wolno, że nasi przyjaciele, poinformowani o naszych planach, czas jakiś później zostali  poproszeni, aby nie używać przy nas słowa na R.

   Dość gwałtownie zaczęliśmy na to słowo reagować.

   Od razu uprzedzam, że prośba w dalszym ciągu jest aktualna, a co więcej, nabiera większej mocy. Konsekwencje mogą być mało przyjemne. Dla wszystkich.

 

   Co prawda człowiek ma takich przyjaciół, na jakich zasłużył, a więc nasze prośby nie zawsze (czytaj: zazwyczaj nie) skutkowały. Postanowilismy się zebrać w sobie i zacząć remont. A przynajmniej przygotowania.

 

   Koncepcja przebudowy się zmieniła. Po raz chyba tysiąc pięćset dwudziesty pierwszy.

 

   Pierwsza zdechła śmiercią naturalną, kiedy wpadłem na pomysł, że chce mieć dodatkowy pokój. Mieszkanie za diabła nie chciało samo urosnąć, więc kuchnia musiała się wyprowadzić, aby ustąpić miejsca pokojowi gościnnemu vel gabinetowi.

Wyprowadzka kuchni uzależniona była od przestawienia ścian. Bosski mnie kocha, więc pomysł zaakceptował.

 

   Rychło okazało się, że z przestawianiem ścian tak łatwo nie pójdzie, bowiem jedna z nich – najbardziej niepotrzebna, która urosła w idiotycznym miejscu, jest nie do ruszenia. O tym, że zupełnym przypadkiem ma grubość Wielkiego Muru Chińskiego – już pisałem.

 

   Kuchnia musiała się wprowadzić do salonu. Nasi architekci ze zmianą planów się pogodzili. Bosski też.

 

   Minął czas jakiś i zasiedliśmy do stołu podziwiając rozrysowane 3 koncepcje naszych pomysłów. Było niemal cudownie: z tych trzech koncepcji zażyczyliśmy sobie stworzenie kolejnej – bo nie byliśmy w stanie się zdecydować na jedną, gdyż na każdym rysunku podobało nam się coś innego.

Architekci w dalszym ciągu byli uprzejmi. Choć ja im się dziwiłem.

 

   Już prawie się zbierali do wyjścia, gdy zostali pięknie poproszeni, o to, aby również pomyśleć o wyprowadzce kuchni z salonu – bo już nam się przestał taki pomysł podobać, za to skłonni byliśmy zrezygnować z pokoju gościnnego. W końcu to nie hotel.

 

(Byłoby pewnym nadużyciem nie przyznanie się, że takiego właśnie argumentu używał Bosski, kiedy po raz pierwszy zacząłem głupio upierać się przy dodatkowym pokoju – nie najlepiej by to o mnie świadczyło, więc zgódźmy się na przemilczenie tej kwestii…)

 

   Dodatkowo, któregoś pięknego dnia, zdecydowaliśmy, że niby dlaczego salon ma być tu gdzie jest, skoro może być w zupełnie innym miejscu. Również poinformowaliśmy o tym architektów.

   Wciąż byli mili. Dziwiłem się jeszcze bardziej, bo moim zdaniem powinni iść żywcem do nieba. I kto wie, czy się tam nie wybiorą, jak jeszcze trochę z nami popracują…

 

   Koniec końców – wczoraj dostaliśmy dwie konkurencyjne koncepcje naszego mieszkania. Obie fajne.

 

   Rozesłaliśmy je do naszych przyjaciół i oczekiwaliśmy twórczych wniosków. Przyjaciele stanęli na wysokości zadania i późnym wieczorem wybraliśmy jedną z nich.

 

   Po czym zorientowaliśmy się, że to dokładnie ta sama koncepcja, którą wymyślilismy kilka lat temu.

 

   Czy ja kiedykolwiek mówiłem, że mam dobry charakter?

 

Ps.

 

Przestałem się dziwić, że moja prababcia, odkąd pamiętam, zbierała pieniądze na swój grób i planowała, jak on będzie wyglądał.

Jeśli takie tempo jest rodzinne – to my też powinniśmy zacząć. Ma być to  rzeźba anioła o męskich rysach twarzy (bo diabli wiedzą, jak to z ich płcią jest). Może mieć miecz. Jeszcze nie wiem gdzie i po co, ale coś wymyślę. Anioł, w każdym razie, jest pewny.

Drs.
Grałem w Scrabble w sieci i byłem w środku kłótni o powyższe słowo. Chyba jasne jest, że to onomatopeja lub, innymi słowy, wyraz dźwiękonaśladowczy, który naśladuje odgłos jaki wydajemy paszczą jedząc słone orzeszki. Drs, drs. A jakaś idiotka nie chciała tego uznać. 

 Może i bardziej bym się upierał, gdyby nie telefon od Bosskiego. Sam telefon nie był niczym dziwnym, Mąż pojechał do Holandii, więc wypoadałoby, żeby się zameldował po dotarciu do celu podróży. Tylko jakoś wcześniej dzwoni…

              - Ratunku. – powiedział dziwnym głosem.
Zdenerwowałem się natychmiast.
            – Pociąg mi uciekł. Zrób coś. – zarządał dość rozpaczliwie.
Przede wszystkim spokój. Tylko spokój może nas uratować.
            – A gdzie jesteś?
            – W Viersen.
Głupio zapytałem. Pojęcia bladego nie mam, gdzie jest Viersen. Jak by tu tak delikatnie…?
            – Ale gdzie dokładnie…?            
            - Na dworcu. W Niemczech. W Europie.
Nie dość, że zdenerwowany to jeszcze był zły…
            – No i…?              
            – I uciekł mi pociąg. To znaczy w zasadzie nie uciekł, ale nie mogłem go znaleźć…
            – W jakim sensie…? – cały czas starałem się być rzeczowy.
            – W peronowym sensie – zdenerwował się Bosski. – Kiedy wysiadłem z tego ekspresu z Berlina, na tor obok podjechał taki mniejszy, postał i pojechał. No i to był ten.
Zdębiałem.
            – No to czemu nie wsiadłeś?
            – Bo pani przez megafon mówiła coś i drei. A ja byłem na zwei. Więc szybko pobiegłem na drei.
            – Ale co ona mówiła? – zapytałem. Znowu głupio.
            – Nie mam pojęcia co, ale słyszałem, że drei. I to zrozumiałem. – poprzez ogólne zdnerwowanie przebijała duma z własnych osiągnięć językowych.
Nadmienić należy, że Bosski nie mówi po niemiecku. 
            - No i jak byłem na drei, to na zwei podjechał pociąg i kiedy już się zorientowałem, że to ten właściwy, to już uciekł. Jest jakiś inny? – zapytał z nadzieją.
 

Fakt, że to on jest na dworcu przy granicy niemiecko-holenderskiej, a nie ja i dzieli nas ponad tysiąc kilometrów nie miał żadnego wpływu na rozpaczliwe żądanie. W końcu to ja wymyśliłem mu kolejową podróż przez pół Europy i zapewniałem, że bez problemu sobie poradzi. Nie przewidziałem, że uprze się słuchać niemieckich komunikatów dworcowych…

 

Nieco się zdenerwowałem i pamiętając, że Bosski miał jechać do Holandii znalazłem w sieci stronę holenderskich kolei i zacząłem czytać. Trochę szumnie napisane jest to wcześniejsze zdanie, bo równie dobrze mógłbym czytać po chińsku albo w narzeczu ludów zamieszkujących południową Zambię. W każdym razie, kiedy już niemal zacząłem rozumieć (słowo niemal warte jest podkreślenia) wpadłem na genialną myśl, że przecież na razie zaginiony w akcji mąż jest w Niemczech. Po niemiecku czytać umiem.  

Z tej umiejętności niewiele mi przyszło.

 

-Hm. Nie denerwuj się. – zacząłem delikatnie – Następny pociąg masz o 5 rano…

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

            - Halo. Co robisz…? – cisza się przedłużała

            - Szydełkuję, kurwa. Co mam, do cholery, robić? – warknął Bosski.

            - No bo nic nie mówisz…

            - Bo taki kurwa mało gadatliwy jestem. – zakomunikował mi zimno.

Biorąc pod uwagę powyższy, bardzo kreatywny dialog, można było się zorientować, że sytuacja jest umiarkowanie miła. Beznadziejnie usiłowałem szukać w sieci adresu jakiegoś hotelu przy dworcu w tym cholernym Viersen, gdziekolwiek to jest.

            - Może poproszę Starą, żeby mnie zabrała po drodze… – słychać było, że Bosski nerwowo pali papierosa.

            Wdzięcznym mianem Starej określał swoją szefową (rzeczywiście pierwszą młodość miała już dawno za sobą. Chyba wypadało to gdzieś za panowania króla Świeczka). Komunikat był o tyle frapujący, że Stara wracała z wakacji i miała przylecieć samolotem.
 

            - Nie pomyliły Ci się dworce…? Nawet małej awionetce ciężko będzie na tych torach wylądować…

            - Ona ląduje we Frankfurcie.- moja lotnicza uwaga została pominięta –  Trzeba by sprawdzić, jak stamtąd tu dojechać.

 

Pięknie. Jeszcze trochę i mapa Europy to będzie mało…  Ja sprawdzałem trasę Frankfurt – Viersen – jakieśtammiejscewholandii, Bosski konferował ze Starą. Dało radę. Dotarł spóźniony zaledwie 4 godziny.


W nocy
śniły mi się samoloty lądujące na dworcu kolejowym…
A Bosski ma zakaz samodzielnego opuszczania Europy. 
 


Ps.

Słowniki w Scrabblach nie uznają słowa „drs”. A powinny.

Starałem się nie oddychać zbyt głęboko, mimo to zapach naftaliny i tak kręcił mnie w nosie. Zacząłem się nawet zastanawiać, jakie mogą być jej właściwości? Może takie jak butaprenu? I wyjdę z tego kościoła kompletnie naćpany…?

-         Zobacz, ten ma zeza… – wyrwał mnie z zamyślenia głos mojego brata.

-         Ksiądz?? – zapytałem przenikliwym szeptem i stanąłem na palcach wyciągając szyję.

Mój rodzony brat przerósł mnie o dobre dwie głowy już kilka lat temu, więc z wiadomych względów bywa szybszy w rozmaitych spostrzeżeniach niż społeczna średnia.

-         Głupi jesteś. Jaki ksiądz. Ten baranek. – Młody wskazał palcem koszyczek dzierżony przez jakiegoś hipopotama obleczonego w futro.

Hipopotam w tym momencie odwrócił się aby rzucić nam spojrzenie bazyliszka, bo na widok baranka parsknąłem śmiechem. Nawiasem mówiąc, to właśnie to futro tak zajeżdżało naftaliną. Hipopotama, nie baranka – żeby nie było wątpliwości.

-         Nie czepiaj się. Dobrze, że nie widziałeś wcześniej naszej święconki… Bosski nieco zaszalał… – odszepnąłem do brata.

-         Może i racja… – zamyślił się Młody – Na bank tylko my mamy świątecznego Alfa…

 

Ksiądz skończył czarowanie pokarmów i mogliśmy wyjść z kościoła.

 

            A wszystkiemu winne nasze lenistwo. Boże Narodzenie spędzaliśmy u siebie w domu i u rodziców Bosskiego, więc zapowiedzieliśmy grzecznie mojej rodzinie, że w takim razie Wielkanoc spędzimy w moich rodzinnych górach. Obietnice składaliśmy gdzieś koło stycznia, a mniej więcej w połowie lutego myśl o wyjeździe na 2 dni, wraz z całą spragnioną rodzinnej atmosfery ludzkością, przestał nam się podobać. Po pierwsze primo dlatego, że między Warszawą, a moimi rodzinnymi stronami trwał szał EURO 2012 i drogi były jednym wielkim placem budowy, a spędzenie świąt w korku nie wydawało nam się szczytem marzeń, a po drugie primo – wiedziałem, że można prędzej spodziewać się końca świata niż tego, że kolej zorientuje się, że na święta ludzie wyjeżdżają i doczepi choć po jednym wagonie do pociągów. A już nie raz jechałem z twarzą rozpłaszczoną na szybie przedziału, albo na jednej nodze w WC, i nie wiedzieć czemu, więcej nie chciałem. Możliwe, że we łbach nam się poprzewracało. 

 

W każdym razie Bosski wygłosił wtedy, wydawałoby się, bardzo rozumną myśl, aby zaprosić rodziców do nas na Święta. Przyklasnąłem. Naprawdę we łbach nam się poprzewracało…

 

Im bliżej do Świąt, tym więcej rzeczy mnie zaskakiwało.

Po pierwsze w ostatnim tygodniu Bosski wyjechał na tydzień do Niemiec. Nie, żebym podejrzewał, że robi to specjalnie, ale kiedy przygotowywaliśmy jego blabladzieste urodziny, też go nie było.

Zostałem zatem słomianym wdowcem i zacząłem planować zakupy. Ciekawa rzecz. Nigdy nie byłem dobry w planowaniu, więc skąd mi się wziął pomysł, że teraz będę – nie wiem.

 

Zacząłem od wędlin. Pomyślałem, że warto zainwestować i zaposiąść takie lepsiejsze, więc pojechałem do lepsiejszego sklepu. Na ten sam pomysł wpadło pół Warszawy i wziąłem udział w czymś przy czym Bitwa pod Racławicami jest zabawą w berka. Zyskałem 30 dkg szynki i życiową nauczkę. A jakaś pani usiłowała mi wyrwać ostatni słoiczek chrzanu, ale byłem lepszy. Choć ona podrapała mi rękę.

Potem, zgodnie z planem, poszedłem do osiedlowego sklepu odebrać zamówioną dzień wcześniej kurę rosołową.

-         Proszę bardzo… – stęknęła sprzedawczyni wręczając mi pakę wielkości małej komody.

-         Bardzo dziękuję – odpowiedziałem odruchowo, też ze stęknięciem bo paka nie tylko wielkość, ale i ciężar miała małej komody – Ale co to jest?

-         No przecież pan zamawiał…

-         Kurę zamawiałem, a to jest chyba struś… Nie ugotuję rosołu ze strusia…

-         Niech pan nie przesadza… Przecież ona ma niecałe 4 kilo… – obruszyła się sprzedawczyni. Już bez stęknięcia.

-         No właśnie… – to już ja, ponownie ze stęknięciem, bo oprócz strusia w rękach miałem 3 reklamówki (lepsiejsza wędlina, lepsiejszy chrzan i tak dalej) i torbę przewieszoną przez ramię – A normalnie nie ma 2 kilo…

-         Ale nie było mniejszych. Bierze pan czy nie? Na pół go… tfu.. ją panu przecięliśmy…

-         Freudowska pomyłka – burknąłem – Biorę, biorę…

 

Nieco później pomyślałem sobie, że kupowanie kilka lat temu lodówki z dwiema małymi szufladami w zamrażarce było poważnym życiowym błędem. Struś co prawda się zmieścił (mocno upchnięty), ale na nic więcej nie było miejsca. Uratowała mnie pogoda i lodówką o bardzo porządnych rozmiarach stał się nasz balkon. Bardzo ładna i przydatna pogoda była w święta. Nie rozumiem, na co te głupie ludzie narzekali…

  

Bosski wrócił dzień wcześniej. W czwartek w nocy. W piątek zażądał ode mnie spisu produktów do kupienia, bo wybieraliśmy się do supermarketu. Obruszyłem się, że ja nie jestem jeszcze w tym wieku, żeby robić spisy, bo wszystko pamiętam,  a w ogóle to już niemal wszystko kupiłem, a jedziemy tylko po wina, picie i takie większe rzeczy. Małżonek popatrzył mało życzliwie i zaczął zadawać krępujące pytania.

-         Jutro sos? – zapytał retorycznie przeglądając zawartość lodówki – Jakiś postny?

-         Dlaczego postny? W obu naszych rodzinach post kończy się przecież po przyniesieniu święconki do domu…

-         A gdzie masz śmietanę do zaprawienia…? – jad mu się sączył z języka na podłogę

-         O, wielkie rzeczy. Jedna śmietana. Kupiłbym w sklepie koło domu…

-         Jasne. Masło też? Czy suchy chleb przewidujesz…?

Odpowiedź wydawała mi się zbędna, więc siedziałem naburmuszony i patrząc w okno kontemplowałem wielkanocny śnieg.

-         Może to i trochę zaprzecza mojej niechęci do tradycji wszelakich, ale jajka na Wielkanoc to bym jednak kupił… – złośliwie dodał Bosski z głową w lodówce.

Pod koniec tej idiotycznej rozmowy lista zakupów okazała się całkiem pokaźna…

 

To, że w supermarkecie pozwolił mi wybrać kasę, to już tylko jego wina, bo jak uczy doświadczenie, zawsze okazuje się, że tuż przed nami kasjerce:

-         kończy się papier w kasie

-         kończy się stugodzinny dyżur i idzie do domu

-         klient przed nami ma pudełko zapałek bez kodu kreskowego i trzeba wezwać pół sklepu, żeby przynieść nową paczkę, albo wklepać ten kod z Bardzo Ważnych Kartek, albo zastrzelić głupiego klienta, który śmiał wziąć takie trefne pudełko zapałek. Wszystko to trwa.

-         dzieje się coś, co innym ludziom zdarza się raz na tysiąc wyjść do sklepu.

Tym razem na kasie zamiast kasjerki siedział kasjer. Na oko sądząc jakiś stuletni. I po pierwsze nie potrafił znaleźć kodu kreskowego na większości produktów i w tym celu bardzo dokładnie je oglądał (rekord: kostka masła śmietankowego – 41sekund. Z nudów liczyliśmy), a po drugie miał katar, więc po co trzecim produkcie grzecznie przepraszał, wyciągał chusteczkę z materiału, wielkości prześcieradła i pracowicie czyścił nos. Bardzo byłem zdziwiony, że w kolejce staliśmy tylko 28 minut, a nie , jak mi się wydawało, jakieś 3 lata.

  

Siedzieliśmy w samochodzie. Zakupy były zapakowane, a my odpoczywaliśmy zaciągając się papierosami.  Było całkiem miło, dopóki Bosski nie zadał kolejnego pytania.

-         Ty, a w co my zapakujemy święconkę?

Stropiłem się nieco. Z wiklinowych rzeczy w domu były: dwa balkonowe fotele, oraz koszyk na owoce w kształcie, tfu, kaczuszki. Fotele odpadały, ale…

-         Hm. Może w tej kaczce? Jakby tak jej łeb czymś okręcić…? Serwetką, albo borowiną…

Jeden rzut oka wystarczył, abym zrezygnował z tego pomysłu. Nie ma siły musieliśmy ruszyć na poszukiwania odpowiedniego urządzenia do święconek. Nawet nie trwały długo. Po drodze do domu mijaliśmy stragan z koszyczkami wszelakimi. Kiedy już zwalczyłem w sobie pokusę kupienia jaskrawo-różowego cuda, zgodziłem się na mały koszyczek. Borowina też na straganie była. Bardzo porządny stragan.

Po powrocie do domu chcąc nie chcąc (raczej nie chcąc) zacząłem szykować dwa obiady dla 5 osób, a Bosski zaczął montować naszą pierwszą święconkę. Po jakimś czasie mnie zawołał, abym ocenił efekt.  Spojrzałem.

-         Wyraz artystyczny w porządku, ale nie sądzisz, że jest nieco zbyt oczywista…? Nie wiem, czy wypada iść z czymś takim do kościoła…

-         O co Ci chodzi? Kiełbaska, chlebek, jajka, chrzan, sól, pieprz…

-         Zestaw w porządku, ale spojrzałeś na to z góry?

-         Och, cholera…

Sól, pieprz, chrzan i chleb upchnięte były z boku, a na głównym planie wyeksponowany był kawałek kiełbasy, a przy jej jednym końcu bardzo ładnie ułożone zostały 2 jajka…

 

Święconka została przemontowana, i uzyskała nieco mniej falliczny wygląd, ale i tak Bosski odmówił uczestniczenia w wycieczce do kościoła w celu zaczarowania pokarmów. Moi rodzice również, więc koniec końców poszedłem z bratem. Daleko nie było, ale obaj przez lata przyzwyczajeni byliśmy do widoku, że w stronę świątyni idą całe tabuny ludzi z koszyczkami, a tutaj przeszliśmy przez całe osiedle i nie spotkaliśmy nikogo. I Młody mnie zdenerwował słowami:

- Ty, brat… Może to nie dziś…?

  

Same święta były całkiem sympatyczne. Poza jednym małym zgrzytem. Mamunia nie potrafiła się pogodzić z tym, że absolutnie niczego ma nie przywozić, więc zaposiadła baranka. A właściwie całkiem sporego barana z ciasta.

Baran jak baran – nic specjalnego, ale Bosskiemu przeszkadzało, że stworzenie nie ma oczu i, jak argumentował, jakoś tak bezmyślnie wygląda. Mamunia nie stwarzała przeszkód i zgodziła się upiększenie prezentu. Domowy magister inżynier zaopatrzył się w ziele angielskie i pieprz, nożyk i przystąpił do pracy.

-         Mam wrażenie, że będzie wyglądał jak ufok z tymi oczami… – zaprotestowałem, kiedy Bosski przymierzał się do ziela angielskiego. – Baranki mają takie bardziej subtelne oczy….

-         A jakby tak przeciąć to ziarenko na pół…? – zastanowił się gośno.

-         To będzie miał skośne oczy. Nie chce chińskiego baranka podczas polskich świąt… Nie należy mieszkać kultur.. Weź pieprz.

Zająłem się przygotowaniem obiadu i przestałem zwracać uwagę na działalność Bosskiego.

            -Syneczku, czy ty często w dzieciństwie wyjeżdżałeś na wieś…? – od garów oderwał mnie podejrzliwy głos mojej Mamuni. Stała w progu i patrzyła na baranka. Pytanie skierowane było, jak się okazało, do Bosskiego.

-         Tak. Do rodziny mojego taty…

-         I naprawdę tam baranki miały takie dziwne mordy…? Bo ja nie chce się wtrącać ale chyba nieco za wysoko ma te oczka. Taki zdziwiony jest… – Mamunia nie dawała za wygraną.

-         Jakbyś trafiła do takiej rodziny jak nasza, też byś była zdziwiona – dobiegł nas głos mojego Ojca z pokoju.

-         No ale takiej mordy to bym chyba nie miała… – powątpiewała Mamunia.

Z drugiego pokoju od komputera oderwał się Młody i wszedł do kuchni. Okiem eksperta ocenił dzieło Bosskiego.

-         Czepiasz się matka. Bardzo ładny Alf mu wyszedł.

Rzeczywiście. Z oczami w tym miejscu nasz wielkanocny baranek wyglądał jak Alf. Nieco urażony Bosski chciał dokonać korekty, ale z krzykiem zasłoniliśmy Alfa niemal własną piersią. I tak o to spędziliśmy Wielkanoc z moją rodziną. I Alfem.

-         Ściana mi ucieka… – poinformował mnie Bosski, kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi.

Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, gdzie ściana ma ogonek, bo nie wiedzieć czemu, trwa we mnie przekonanie, że jeśli cokolwiek ucieka – najłatwiej jest to złapać za ogonek.

Być może dlatego, że kilka lat temu całkiem dorosła kobieta, nieco ponad dwudziestoletnia, zaskoczyła mnie informacją, że plemniki widać gołym okiem i właśnie, w razie potrzeby, można je za ogonek złapać. Doświadczeń na tym tle nie miała żadnych. Na innym, jak się łatwo domyślić, też nie. Od tej pory minął już jakiś czas, znajoma nabrała stosownej wiedzy życiowej i ogonki już nie wchodzą w paradę, ale we mnie skojarzenie zostało na amen.

 

Zanim jednak otworzyłem usta, zorientowałem się, że Bosski siedzi nad rozłożonymi płachtami papieru. Na twarzy jest umazany ołówkiem, w oczach ma lekki bałagan – prawdę mówiąc wygląda jak oszołomiony Indianin ruszający w bój – zatem wszystkie znaki wskazują, że usiadł do rysowania planów naszego mieszkania.

 

-         Która ściana? – zapytałem mężnie.

-         Ta – Bosski grzecznie popukał w ścianę między pokojami, która wydawała się nie słyszeć jego zmartwień, bo stała niewzruszona i nie wykazywała żadnej chęci na ucieczkę dokądkolwiek.

Obaj pochyliliśmy się nad planami. Ja – humanista, którego matematyka całe życie omijała szerokim łukiem i nic nie wskazywało na to, aby miało się to zmienić – i Bosski – magister inżynier, co prawda, ale od zupełnie innych rzeczy.

Miał rację. Na planach ściana zachowywała się w sposób skandaliczny. Albo znajdowała się w przedpokoju, albo nagle robiła skok i okazało się, że mamy pokój do którego nie ma drzwi, albo miała nas zupełnie dość i duża jej część przenosiła się do sąsiadów.

Po kolejnych godzinach spędzonych na szalenie skomplikowanych obliczeniach, bieganiu po domu z taśmą mierniczą, wyszło nam, że nie ma siły, ścianka, która była nam zupełnie zbędna i na której usunięciu bazował cały nasz zamysł remontu mieszkania, ma prawie pół metra grubości.

-         Średniowieczny mur oporowy… – wymamrotał Bosski z urazą.

-         Zamurowany trup… – dodałem z przekonaniem.

-         Chyba słoń. Jednego trupa byłoby mało…

Chwilę nam zajęła dyskusja nad objętością nieboszczyków różnej maści zamurowywanych, nie wiedzieć czemu, w naszym mieszkaniu, po czym widząc bezcelowość naszych sporów, wykonaliśmy telefon do Miszela – ojca Bosskiego, który był rodzinnym ekspertem w sprawach budowlanych.

Kiedy Teść w pierwszych słowach zaopiniował, że musieliśmy się pomylić w obliczeniach – uciekłem z pokoju, mamrocząc różne nieprzyzwoite wyrazy. Bosski, jak zwykle, był nieco spokojniejszy. Zapewnił suchym głosem własnego ojca, że wymiary się zgadzają. I NIE MA MOWY o żadnej pomyłce. Wtedy, po dłuższym namyśle, Miszel orzekł, że być może w naszym murze oporowym biegną dawne przewody centralnego ogrzewania prowadzące ze strychu. Problemu wtedy nie byłoby żadnego, ponieważ nieużywaną instalację można by rozmontować, a otaczającej ją ściany się pozbyć.

 

Tak o to hipotetyczna instalacja CO stała się nagle jednocześnie ostatnią deską ratunku i brzytwą, której tonący się chwyta.

 

Następnego dnia, wiedziony nadzieją, spędziłem pół dnia usiłując dodzwonić się do administracji osiedla na którym mieszkamy. Prawdopodobnie w innych okolicznościach przyrody odpuściłbym po kilku minutach, ale z wizją Muru Chińskiego na środku mieszkania, mściwie kręciłem numer, z rozkoszą myśląc, że kogoś tam wreszcie szlag trafi i odbierze wściekle dzwoniący telefon.

Prawdopodobnie miałem zaćmienie umysłu, skoro po prawie 30 latach życia w tym kraju wydawało mi się, że przechytrzę urzędnika. W każdym razie dzwoniący przez kilkadziesiąt minut telefon na administracji nie robił żadnego wrażenia.

Pomógł przypadek. Kiedy wreszcie z drugiej strony odezwał się zniecierpliwiony głos obrażonej biurwy tak mnie zaskoczył, że zapomniałem po co dzwonię. Jąkałem się mówiąc jakieś brednie i za nic w świecie nie potrafiłem zadać pytania, czy istnieją jakieś plany naszego mieszkania, które pozwolą nam odpowiedzieć na pytanie czy w środku cholernego muru (też pewnie widocznego z Księżyca) istnieje jakaś zapomniana przez Boga i ludzi instalacja. Zniecierpliwiona urzędniczka, prawdopodobnie chcąc pozbyć się telefonicznego natręta – idioty, podała mi numer do działu technicznego, który do tej pory stanowił co najmniej tajemnicę państwową. Tam dodzwoniłem się nieco szybciej, niemal obiecałem rozmówczyni, na ucho sądząc jakiejś stuletniej, że się z nią ożenię, po czym łaskawie uzyskałem zgodę na przyjście do administracji, a wtedy „się zobaczy”.

Na miejscu moja niedoszła żona z niechęcią zgodziła się na zamianę ślubu ze mną na czekoladki i kawę, i pełna niepokoju, czy aby na pewno nie jest to zdrada stanu, wręczyła mi plan naszego mieszkania.

Żadnej instalacji w środku muru nie było. Lita skała. Jak Mount Everest.

Kurwa.

Początek był bardzo sympatyczny. Ciężko się dziwić, skoro w końcu wyjechaliśmy z Rzymu. Postanowiliśmy zwiedzić Ostię – starożytne miasto leżące nieopodal stolicy Włoch, a przy okazji połazić trochę po plaży w niedaleko położonym Lido di Ostia.

Szybko okazało się, że ruiny nieco przerosły nasze możliwości. Na mapie jednak wyglądały na nieco mniej rozległe.  Stojąc przed mapą przy wejściu ustaliliśmy, że przelecimy je całe i wyjdziemy z drugiej strony, po czym będziemy starali się dostać nad morze.

Było pięknie. Świeciło słońce, temperatura dochodziła do 20 stopni Celsjusza. Szwendaliśmy się po skąpanych w słońcu ruinach niczym japońscy turyści cykając mnóstwo zdjęć. Ponieważ był to środek tygodnia ludzi trafiali się jedynie gdzieniegdzie, co zważywszy traumę poprzednich dni w Rzymie, tylko dodawało uroku temu miejscu.


            - Hm… Nie chcę marudzić… – zacząłem delikatnie.

- I po co ten wstęp, skoro i tak zaczniesz… No i jak? Podobnie wyglądam…? – stęknął Bosski przybierając pozę stojącej obok rzeźby wdzięczącego się amorka.

- Ciężko o jakieś uderzające podobieństwo, skoro amorek nie ma obu rąk i ma utrąconego siusiaka…

- Głupi. Chodzi mi o ogólny wyraz artystyczny…

- Wciągnij brzuch, amorki jednak są nieco subtelniejsze… I wyraz artystyczny będzie lepszy – dodałem złośliwie.

- Chudzielec się znalazł… – obraził się Bosski i zlazł z postumentu. – Miałeś marudzić, co znowu?

- No właśnie… nie chcę marudzić, ale…

- No to nie marudź, jak nie chcesz. – Mąż był nafukany za uwagę o brzuszku.

- Kiedy muszę…

- No to po co te wstępy? Marudź i nie zawracaj głowy.

- Czy oni nie sikali? Bardzo ładne te ruiny, to fakt, łaźnie widzieliśmy, ale kibelek też jakiś musieli mieć….

- A co Cię tak wzięło na fizjologiczne potrzeby starożytnych?

- Hm. Nie do końca chodzi mi o ich potrzeby… Głupio tak sikać po zabytkach…


            Oznakowanie miasta pozostawiało nieco do życzenia. Wprawdzie strzałki informowały, którędy wiedzie droga do toalet (chyba jednak współczesnych), trasa pokrywała się z zaplanowaną przez nas wcześniej, więc dziarsko… no dobrze, coraz mniej dziarsko… maszerowaliśmy, ale w pewnym momencie oznakowanie się kończyło. Dość raptownie.

            - Przeoczyliśmy…

            - Uwierz mi, że nie mogliśmy przeoczyć. Można powiedzieć, że coraz bardziej sfokusowany jestem…

            - Wracamy do ostatniej strzałki?

            - Trochę jak w tym starym dowcipie… – wymamrotałem – wnuczka leciała jak strzała, a babcia szczała jak leciała… Bliżej mi chyba do babci…     

Mimo wszystko podjęliśmy desperacką próbę odnalezienia wiadomego przybytku.

            - Nie chcę byś wulgarny, ale zaczynam widzieć na żółto…

            - Trudno. Skręć z tej ścieżki. Idziemy na ubocze.

            - A co za różnica… Ja naprawdę chwilowo nie nadaję się do chodzenia…

            - W końcu to główna ulica… Jakoś tak głupio…

            - Myślisz, że jak już mamy sikać w starożytnych domach, to bardziej kulturalnie jest nasikać na przedmieściach?  Czyli jak sikać to nie na Marszałkowskiej, tylko na Pradze, albo Kabatach..?

            - No, coś w tym stylu….

            - Tylko, na litość bosską, szybciej na te Kabaty chodźmy.

            - Lepiej na Bielany… na Kabaty musielibyśmy się cofnąć.


            Rzecz jasna posługiwaliśmy się warszawskim nazewnictwem i stronami świata. Hipotetyczne Bielany bardziej nam pasowały do kierunku marszu. Krakowskim targiem ustaliliśmy gdzie zaczyna się taka mniej centralna dzielnica ( „Chyba już…”, „Nie, tutaj to jest taki plac Wilsona… chodź tam, za ten krzak” „Głupi jesteś, za tym krzakiem to już są Łomianki. Nie będę sikał w Łomiankach”) ale pojawił się kolejny problem.

            - Ty, idź za ten murek – poprosił mnie Bosski

            - Bo co? – zatrzymałem się w połowie czynności, którą mężczyzna wykonuje przed, uczciwszy uszy, sikaniem.

- Bo to chyba taki salon… Jakoś tak w środku tej ruiny jesteśmy… – Bosski rozglądał się wokół.

- Naprawdę sądzisz, że lepiej nasikać w sypialni…?

- Idź, co ci szkodzi…


               Chwilę później, kiedy już zbezcześciłem sypialnię jakiejś Bogu ducha winnej starożytnej rodziny, naszą myśl zaprzątnęło coś innego. Marsz zdecydowanie zaczęliśmy odczuwać w nogach, poza tym zrobiliśmy się głodni.

- Hm. Daleko jeszcze…?

- Jak wejdziemy na tę basztę to zobaczymy – wskazałem kolejną ruinę, różniącą się znacznie wysokością od pozostałych.

- Myślisz , że można?

- A widziałeś napis, że nie?

- A wiesz, jak brzmi po włosku „Nie wspinać się na baszty dzikusy!”? Poza tym na pewno nie można sikać po zabytkach, więc już jedno wykroczenie mamy z głowy…

- Tak właśnie wygląda demoralizacja w praktyce. Popełnisz jedno przestępstwo i zaraz popełniasz następne…

- Ale to była wyższa konieczność. Każdy sąd by cię uniewinnił.

- A jak wytłumaczysz chodzenie po zabytkach wierzchem… O ile nie skręcimy karku po wejściu na te schody…? – Bosski brodą wskazał schody, a właściwie ich marne resztki. Widać było, że pierwszą młodość mają dawno za sobą.

- Jak wytłumaczę?  Ratowaniem życia. To prawie jak obrona konieczna. Jestem zabłąkanym wędrowcem i grozi mi śmierć głodowa. – powiedziałem stanowczo i zacząłem się drapać ku górze.

 

Karku nie skręciliśmy, ale nie było dużo lepiej. Staliśmy na szczycie baszty, przytrzymując się nawzajem i spoglądaliśmy na horyzont.

- Tak właśnie ludzie tracą resztki nadziei. – filozoficznie zauważył Mąż.

Kontemplując krajobraz widać było co prawda, że ruiny kończą się całkiem niedaleko, ale potem zaczyna się łąka. Pomijając fakt, że rozmiarem dorównywała afrykańskim sawannom, to jeszcze kończyła się wysokim płotem za którym znajdowała się wielopasmowa droga szybkiego ruchu. Morza nie było.

            - No gdzie to morze… – zapytałem z pretensją.

            - Obawiam się, że coś pokręciliśmy… I chyba bliżej mamy do Tybru. Morze jest z drugiej strony…

            - Czy ja chcę wiedzieć, co to oznacza?

            - Nie chcesz. – stanowczo zapewnił mnie Bosski.

            - Ale…?

            - Ale obawiam się, że musim…

            - Cicho! Nie jestem jeszcze na to gotowy! – wrzasnąłem.

Rozpaczliwie usiłowałem wymyślić, co takiego zrównoważy wiadomość, którą zaraz usłyszę. Na poczekaniu zdecydowałem się na uświadomieniu sobie jakie temperatura panuje teraz w Polsce, oraz ile ludzi musi kłębić się przy pierwszym lepszym zabytku w Rzymie. Zwizualizowałem sobie obie myśli.

            - No dobra. Mów.

            - Musimy wrócić tą samą drogą…

            - A jak przejdziemy ten płot górą… – jednak ciężko było mi się pogodzić z usłyszanym faktem.

            - To będziemy szli wzdłuż drogi, która prowadzi Bóg wie gdzie. O ile nie padniemy trupem w połowie tej tundry.

           

Wróciliśmy. Widocznie mało nam było przygód, bo wsiedliśmy w kolejkę i pojechaliśmy kilka stacji dalej. Po pierwsze dlatego, że bezrozumnie upierałem się przy spacerze po plaży, a po drugie byliśmy cokolwiek głodny. Bosski usiłował nawet cos mówić na ten temat i starał się mnie przekonać, że na pewno coś zjemy w Rzymie, i że może warto już wracać, ale ja wiedziałem lepiej. Jak zwykle. I jak zwykle skończyło się tak, że też lepiej. Nie mówić.

Nadmorska miejscowość wyglądała tak, jak nasza Jastarnia poza sezonem. Takie też były możliwości żywieniowe. Morze pooglądaliśmy sobie z daleka, a nawet bardzo z daleka, bo całe wybrzeże było dokumentnie zabudowane ośrodkami wczasowymi, hotelami, knajpami i tak dalej. Jeszcze gdyby były otwarte, to pół biedy. Można przejść takie budynek na wylot i z głowy, ale pootwierane nie były. Plaży dla normalnych ludzi nie było. Nie wiem, czy w ogóle, w każdym razie tam nie.

Bosski w krótkich budowlanych słowach powiedział, co myśli o mnie i tej części wycieczki i grzecznie wróciliśmy do Rzymu.

 

Tak jeszcze usiłowałem zamówić sobie penisa alla carbonara. Najpierw kelner umarł ze śmiechu, potem jeszcze dwukrotnie zapytał mnie, czy na pewno upieram się przy tym penisie, po czym zgodził się zrealizować zamówienie.

Oczywiście w tym momencie nie miałem pojęcia, że robię z siebie idiotę i nawet dziwiłem się, czemu temu kelnerowi jest tak wesoło, ale uznałem, że widocznie ucieszył się, że tak pięknie mówię po włosku.

Wieczorem dopiero Higher wyjaśnił mi różnicę między słowami pene i penne i poprzysięgłem sobie już nigdy po włosku nie mówić, choćbym miał umrzeć z głodu.

 

A także, i tym razem była to wspólna decyzja, nie wracać już nigdy do Włoch.

- Słuchaj, może to fatalnie o mnie świadczy, ale chyba w dupie mam fontannę Di Trevi – zamarudziłem żałośnie.

- Może nie będzie tak źle… – Bosski nie dał się przekonać – Via delle 4 Fontane – przeczytał głośno nazwę ulicy, którą niemrawo szliśmy – Sądząc z nazwy to już chyba blisko.

- Uprzedzam, że jak tam znowu będą Murzyni ze strzelającymi kamyczkami, to zrobię jakiś skandal.

- Rasista. – odpowiedział Mąż.

- Dupa, a nie rasista – zaprotestowałem. – W nosie mam jego kolor skóry. Do szału doprowadzają mnie te strzelające kamyczki, czy co to tam jest. Dla mojej przyjemności, tfu, nieprzyjemności mógłby to być Chińczyk albo zgoła Indianin.


   Rzeczywiście. Na początek pomyślałem, że to jakaś typowo rzymski symbol. Coś jak nasz bursztyn nad Bałtykiem. (Pomijając jakże istotny fakt, że bursztyn jest mniej hałaśliwy…) Cała rzecz polegała na podrzucaniu dwóch kamyczków, chyba czymś połączonych, przy czym rozlegał się świdrujący, przenikliwy klekot, trzask uderzających o siebie twardych powierzchni. Porównanie z bursztynem nieco zbladło, w momencie, gdy zarejestrowałem, że to Murzyni natrętnie namawiają do kupna tego okropieństwa. Doskonale zorganizowani, to fakt, bo jeśli ze wstrętem odmawiało się zakupu, to natychmiast wyciągali setki podrabianych okularów, pasków, albo damskich torebek.

            Wpadły na mnie kolejne dwie osoby. Głośno wypuściłem powietrze.

- Wytrzymaj, już chyba blisko… – prosił Bosski.

- Uhm. Jeśli mierzyć to częstotliwością z jaką na mnie wpadają, to powinniśmy być już tuż tuż.

- Zobacz, chyba jakiś wypadek. – wskazał Bosski na dziki tłum pokrzykujący coś z rozmaitym natężeniem.

- Oni ciągle pokrzykują – wymamrotałem – Zaczynam podejrzewać, że w ten sposób oddychają… Rozumiesz, przestają krzyczeć i padają jak muchy…

- Ty, to tu – Bosski pukał w dzierżony w dłoniach przewodnik i jednocześnie wskazywał na napis na murze.

- Co tu? – zdziwiłem się rozglądając się dookoła.

Co jak co, ale fontannę, dość dużych rozmiarów, ciężko przegapić.

- No tu… Obawiam się, że za tymi ludźmi. Jak się dobrze wsłuchasz, to poza tymi krzykami coś szumi…

Zasłuchałem się i zamyśliłem jednocześnie. Z takiego zawieszenia wyrwała mnie, a jakże, kolejna wycieczka, która uznała, ze przemarsz po moich plecach jest najlepszym sposobem poruszania się po mieście. Powiedziałem dość głośno kilka słów po polsku, których nie powinno się cytować w przyzwoitym towarzystwie, całkiem możliwe, że wywołałem konsternacje wśród słyszących mnie Włochów, którzy mogli zastanawiać się co też krzywego może mnie tak denerwować, bo jak łatwo się domyślić, używałem najpopularniejszego polskiego przekleństwa… Podjąłem decyzję.

- Kochanie, czy Ty chcesz tu wrócić? – zapytałem łagodnie.

- Tu, w tę bitwę pod Grunwaldem, czy do Rzymu ogólnie?

- A jest jakaś różnica w odpowiedziach? – zdziwiłem się.

- Nie, no nie, rzeczywiście. Głupio zapytałem. Oczywiście, że nie.

- Bo wiesz, teoretycznie trzeba tam wrzucić soldino. Rzecz do zrobienia. Jak się weźmie taki duży zamach, to jest szansa, że ponad tym tłumem trafimy w fontannę…

-Albo komuś wybijemy oko… – grzecznie dopowiedział Bosski.

-…ale wtedy, podobno jest duża szansa, że tu jeszcze wrócimy…

Ponieważ żaden z nas nie sięgnął do portfela zgodnie zrobiliśmy w tył zwrot i ruszyliśmy dalej.

 

- Może to jest uwarunkowane geograficznie… albo środowiskowo… – zastanawiał się Bosski na głos kilkanaście minut później, kiedy staliśmy pod Panteonem. Spojrzałem pytająco.

- Używanie śmietników. A właściwie niechęć do ich używania…

- Trzeba jeszcze je mieć – zauważyłem. Już od kilku minut maszerowałem dzielnie niosąc opakowanie po kawałku pizzy, którym posilałem się przed dalszym marszem.

- Bo ty jesteś dzicz ze wschodu i masz głupkowate oczekiwania – podsumował mnie Bosski patrząc na niesiony przeze mnie śmieć – inni nie mają takich problemów. Spójrz…

 

Cały plac wokół najlepiej zachowanego z czasów starożytnego Rzymu budynku usłany był jak najbardziej współczesnymi opakowaniami z pobliskiego Mc Donalda. Do tego wiał dość silny wiatr, więc papiery po hamburgerach z wiadomym logo zachowywały się dokładnie tak, jak gołębie przy krakowskich Sukiennicach.

 

Obrzydziło nas to jednak chyba mniej niż powinno, ale w ciągu minionych dwóch dni przyzwyczailiśmy się do tego, że jedno z, podobno, najpiękniejszych miast świat jest koszmarnie brudne. Jak dla mnie szczytem był widok zakratowanych okien dworca Termini – głównej stacji kolejowej Rzymu. Dokładnie do połowy okien, pomiędzy kraty, została wciśnięta tona śmieci różnorakich. Wcześniej, z wrodzoną życzliwością, usiłowaliśmy sobie tłumaczyć wszechogarniający brud tym, że ciężko zachować czystość przy takiej masie ludzi, ale wspomniane okna spowodowały, że zrozumieliśmy, że tę życzliwość możemy sobie co najwyżej w buty wsadzić, to wyżsi będziemy. Śmieci z okna na jednodniowe i świeżutkie bynajmniej nie wyglądały…


  • RSS